Blog Mamamed.pl to opowieść o codzienności, filozofii życia, macierzyństwie i pracy w zawodzie pielęgniarki, snuta zazwyczaj gdzieś po północy, bo jak każda mama, mogę delektować się chwilą samotności wtedy, gdy wszyscy smacznie śpią.
Lifestyle | Parenting | Pielęgniarstwo | Zdrowie
Z kubkiem kawy o północy, zapraszam wszystkie nocne marki.

22 września

Cebula, miód i czosnek w roli głównej. Przepis na syrop z cebuli.

Przepis na syrop z cebuli, miodu i czosnku

Dostałam ten przepis od swojej koleżanki Ani, gdy szukałam ratunku na wzmocnienie odporności mojego dziecka. K. często choruje i kilkanaście razy skończyło się to antybiotykiem. Najgorsze zarazy przynosi z przedszkola. W tym roku najtrudniejsze było dla nas zapalenie płuc, którego nie udało się wyleczyć w domu. Na przełomie maja i czerwca K. trafiła do szpitala, o czym pisałam tutaj (Mamo, która teraz czuwasz, przeczytaj). Od tego czasu zaliczyła jeszcze dwa razy katar w wakacje, a kilka dni temu zaczęła się infekcja, która wróżyła źle. 

K. pokazywała na szyję i klatkę piersiową mówiąc, że bardzo boli ją, gdy kaszle. Do tego oczywiście paskudny kaszel, gorączka i katar (o dziwo lekki). Zrezygnowana pojechałam do pediatry. Wiedziałam, że pewnie skończy się antybiotykiem. Teraz nie przepisze, ale za trzy dni wrócimy do gabinetu, jak zwykle, i dostaniemy. Dostaliśmy zalecenia takie jak zazwyczaj - inhalacje i jakiś łagodny syrop z naturalnych składników. 

Pomyślałam sobie, że nie mam nic do stracenia i odszukałam przepis na syrop z cebuli, który zeszłego roku podesłała mi Ania. Generalnie to nie jestem jakoś zakręcona na punkcie eko i natury. Do takich rzeczy podchodzę z dystansem - nie zaszkodzi, może trochę zadziała, ale w cuda nie wierzę.  Zrobienie syropu z cebuli zajęło mi może 5 minut. Daję go K. trzy razy dziennie po łyżce i czuję się zaskoczona. To naprawdę działa. Na kontroli lekarz dorzucił nam jedynie syrop wykrztuśny. Poza tym K. nie gorączkuje i ogólnie czuje się znakomicie. Choroba prawie zniknęła w zastraszającym tempie. Pierwszy raz nie ciągnie się kilkanaście dni. Postanowiłam podzielić się z Wami przepisem. Może się przyda? Nam pomogło bardzo, choć na wstępie potraktowałam jego podawanie z przymrużeniem oka. Teraz wiem, że będę robić go regularnie, bo wierzę, że profilaktyczne picie tej mikstury poprawia odporność dziecka na te paskudne jesienno-zimowe infekcje. Może będzie mniej podatna na przeziębienie? Na wiosnę dam znać, czy w porównaniu do poprzednich lat, kiedy nie robiłam tego syropu, częstotliwość infekcji się zmieniła. A teraz łapcie recepturę:

Pięciominutowy syrop z cebuli, miodu i czosnku

syrop z cebuli na przeziębienie
Składniki: 1,5 cebuli, 2 ząbki czosnku, miód, cukier

Cebulę i czosnek kroimy w plasterki. Następnie układamy w słoiku warstwami: plaster cebuli, plaster czosnku, łyżeczka miodu. Robimy tak do wyczerpania naszych przygotowanych składników. Można dodatkowo posypać cebulę odrobiną cukru, aby puściła więcej soku. 
Słoik zostawiłam na noc na blacie kuchni. Rano był gotowy do schowania do lodówki. 
Taka porcja wystarczy dla jednej osoby na ok. 3 dni. Dłużej też nie ma sensu trzymać, nawet jak zostanie, bo może się już nie nadawać. Lepiej zrobić nowy, zwłaszcza że robi się go szybko. 



21 września

Spocona pielęgniarka

Jak tak naprawdę pracują pielęgniarki?

Jakiś czas temu natknęłam się w sieci na wpisy na temat porodów. Opisy były straszne i na pewno to wszystko powinno wyglądać inaczej, bo przecież poród, mimo bólu, nie powinien być traumą. Najczęściej wszystko rozchodzi się o mało empatyczną postawę personelu, co rozumiem i jestem w stanie w to uwierzyć. Nie mam zamiaru nikogo usprawiedliwiać. W zasadzie ten wpis nie o tym, a o jednym określeniu, które wciąż siedzi mi w głowie, a tam padło i w jakiś sposób dotknęło mnie jako pielęgniarkę. 

Było to mniej więcej "spocona pielęgniarka". Jako że wyrażenie na moim blogu jest wyrwane z kontekstu, to czuję się zobowiązana doprecyzować, że było to w znaczeniu negatywnym - spocona pielęgniarka - śmierdząca baba po prostu.

My pielęgniarki bardzo często jesteśmy spocone. To prawda.

Zdarza się, że zakładamy Ci wenflon, starając się uśmiechem dodać otuchy, choć 20 minut temu skończyłyśmy godzinną reanimację innego pacjenta. Wiem, że jestem spocona, choć największe plamy z mojego mundurka już wyschły. Wiem, że śmierdzę. Chciałabym pachnieć zawsze pięknie, codziennie biorę prysznic, używam dezodorantu i perfum, ale to wszystko na nic, gdy nasz dwusobowy mikrozespół lekarsko-pielęgniarski jest wołany do znieczulenia cesarki, bo odkleiło się łożysko albo dziecku waha się tętno. Biegnę wtedy z anestezjologiem czasem z drugiego końca szpitala. Z innej interwencji. Mamy może trzy minuty, aby pokonać tę drogę, przygotować aparat do znieczulenia, leki do znieczulenia, no i wszystko to podłączyć, zapodać, znieczulić, a w międzyczasie ginekolodzy wyjmują dziecko. Piękna szminka znika pod maską. Jest mi strasznie głupio, gdy pochylam się nad Tobą, aby przymocować ramkę albo przypiąć kabelek, bo wiem, że strasznie jestem spocona. Wypacam z siebie pośpiech, stres i wysiłek. Jednak odrzucam te myśli na bok, bo nie mam czasu, skupiam się na Tobie.

Chciałabym tak pachnieć, zawsze mieć włosy na swoim miejscu. Taka też zawsze pojawiam się w pracy i staram się trzymać do momentu, w którym dostajemy telefon, że musimy wyczarować sen Twojemu dziecku do badania, które oceni, czy to bardziej lub mniej poważna choroba. Moja córka jest w podobnym wieku. Z wyboru nie pracuję w szpitalu dziecięcym, nie mogłabym. Ale czasem zdarza się mały pacjent i wtedy oblewam się potem. To jedyna rzecz, na którą mogę sobie pozwolić. Na nic więcej.

W poprzedniej pracy też bywałam spoconą pielęgniarką. Kilka minut na pacjenta przy porannych toaletach, aby zdążyć do śniadania, bo wtedy tabletki, insuliny, karmienie, a pacjentów około trzydziestu. Szybko kroplówki, bo czas goni, antybiotyki muszą być podane na czas. Wszystko na czas, na wyznaczoną godzinę. Pacjent za pacjentem niczym na taśmie w chińskiej fabryce. Chciałabym, aby było inaczej i lepiej, ale się nie da. Albo i się da, ale nie mam na to wpływu. Jedyne, co mogę zrobić, to pocić się i spieszyć.

Chciałabym, aby moje kreski były równiutkie cały dzień i róż na policzkach trzymał się chociaż w połowie, zamiast spływać i wsiąkać gdzieś w zieloną maskę. Chciałabym mieć piękne paznokcie, a nie takie krótkie i zniszczone przez środki do dezynfekcji rąk. Jednak dopóki nie jestem droidem, będę spoconą pielęgniarką, czy chcę tego czy nie, spoconą i być może sprawiającą wrażenie niemiłej, bo w mojej pracy nie zawsze jest czas na uprzejmości. Czasem musi wystarczyć zdawkowe - proszę unieść głowę, proszę położyć rękę.


Pielęgniarstwo - 10 wskazówek Dalajlamy, które możesz wykorzystać w swoim miejscu pracy 
Zanim poślubisz pielęgniarkę, musisz wiedzieć że...
Dlaczego pielęgniarki noszą spodnie? 
Więcej niż tylko pielęgniarka. Więcej niż tylko choroba z numerem sali.
Pielęgniarka z gabinetu szczepień - komentarz do relacji zdruzgotanej mamy

 

 


13 września

Gry dla przedszkolaka - czy warto grać z małym dzieckiem w planszówki?

Lista gier planszowych dla kilkulatka


K. dorobiła się kilku całkiem fajnych gier planszowych. Część z nich dostała na dzień dziecka, pod choinkę i na urodziny, a niektóre wypatrzyłam gdzieś na promocji lub w secondhandzie (sklepy z używaną odzieżą bywają prawdziwą kopalnią gier planszowych). Jeśli nie masz pomysłu na prezent dla przedszkolaka, gra zawsze uratuje sytuację, pod warunkiem, że rodzice lubią tego typu aktywności (w pojedynkę grać się nie da...). Jeśli w domu dzieci jest więcej, to i więcej chętnych do zabawy, ale ja piszę bloga z perspektywy mamy jednego dziecka, więc u nas w domu K. bawi się sama lub z nami. Nie oszukujmy się, nie wszyscy rodzice bawią się z dziećmi. My też nie gramy codziennie, bo jak to w życiu bywa, różnie się układa. Jednak co jakiś czas nadchodzi taki dzień, w którym siadamy przy stole i gramy we wszystkie nasze gry. Taki prezent zawsze będzie na czasie. Najwięcej radości ma z tego dziecko - nie będę udawać, że gry dla kilkulatka są w stanie wciągnąć dorosłych na tyle, że zapominają o bożym świecie.

Planszówki dla kilkulatków nie mogą być skomplikowane, a co za tym idzie, czasem są przewidywalne, ale nie jest to regułą - dlatego my lubimy gry oparte częściowo na losowości - wtedy może stać się wszystko. Wspólne granie sprawia nam największą radość przez ten uśmiech na dziecięcej buzi. Poza tym, gdy akurat wykładamy na stół gry podobne do tych z mojego dzieciństwa, zalewają mnie wspomnienia dawnych emocji, które towarzyszyły planszowym rozgrywkom i... po prostu lubię to uczucie. Widzę w swoim dziecku te wszystkie intensywne radości z prześcignięcia pionka, radosne napięcie - czy teraz uda się wyrzucić liczbę oczek prosto do mety? A może ktoś wyprzedzi pionek, gdy będzie stać dwie kolejki? Krótkie rozczarowania, które po chwili zamieniają się w okrzyk wygranej. Czasem mały smuteczek z powodu przegranej, przechodzący szybką metamorfozę w gotowość do rewanżu i niecierpliwe oczekiwanie, bo przecież zaczynamy od nowa. Takie małe rzeczy, które można wyczytać z jej miny, sposobu siedzenia, ruchów. W dzieciach najfajniejsze jest to, że emocje wypływają czystym, niczym niezmąconym strumieniem. Dzieci nie robią dobrej miny do złej gry i na odwrót. Zachowują się dokładnie tak, jak się czują. Moja córka potwierdza tę regułę.

Mieliśmy okazję wypróbować najróżniejszych gier - nie tylko tych z planszami, np. zręcznościowych. Najbardziej jednak odpowiadają nam gry oparte na zasadzie losowości, w których chodzi się pionkami. Nie jestem z tych, co ściemniają, aby dziecko zawsze wygrało. W grach losowych fajne jest to, że masz wpływ tylko na część rzeczy, a reszta zależy od szczęścia, liczby oczek na rzuconej kostce, od pola, na którym stanie pionek. Oznacza to, że każdy niezależnie od wieku i umiejętności może wygrać lub przegrać, dzięki czemu gra nie jest przewidywalna. W sumie trochę jak w życiu, nie? Zawsze wkurzało mnie powiedzenie, że każdy jest kowalem swojego losu albo jak sobie pościelisz - tak się wyśpisz. Można robić wszystko, aby było tak jak chcesz, a później los da Ci kopa w tyłek i wszystko, na co pracowałeś latami, pójdzie w łeb. Czasem jedna mała, nieprzewidywalna rzecz, zrządzenie losu może przewartościować całe Twoje życie, zmienić jego bieg, i trzeba zaczynać do nowa. Tak jest w życiu, i tak jest w grach planszowych. :-)

Kiedy kupić dziecku pierwszą grę planszową? 

K. ma gry mniej więcej od trzeciego roku życia, przeznaczone dla takich maluchów (m.in. "Nos w nos, mój pierwszy quiz). Jednak tak naprawdę dopiero teraz zainteresowała się graniem. Myślę, że 4-latkowi można spokojnie kupić grę, w której chodzi się pionkiem. Poradzi sobie z liczeniem pół i zasady będą dla niego zrozumiałe. U nas najlepiej sprawdzają się gry przygodowe, w których o zwycięstwie decyduje łut szczęścia, o czym wspomniałam wyżej.

Dlaczego warto grać z dzieckiem w planszówki? 

Bo... uczą kilku praktycznych rzeczy, m.in. przewidywania, gry zespołowej, współpracy, przegrywania, liczenia i oczywiście... rozwijają wyobraźnię, ćwiczą pamięć i kształtują logiczne myślenie. Oprócz tego dają jeszcze kilka malutkich życiowych lekcji.
Po pierwsze - czasem się przegrywa, nie zawsze jest się najlepszym.
Do drugie - trzecie miejsce nie oznacza, że się przegrało. Po prostu nie zawsze jest się w czołówce i trzeba to zaakceptować. Co nie znaczy, aby nie pracować nad ulepszeniem pewnych kwestii.
Po trzecie - wcześniej czy później pojawi się okazja do rewanżu.
Po czwarte - trzeba się trzymać zasad i nie oszukiwać, bo chodzenie na łatwiznę na dłuższą metę wcale nie popłaca.
Po piąte - nie na wszystko mamy wpływ. Czasem tracimy coś albo dostajemy z przyczyn losowych. 
Po szóste - nawet ten malutki, niepozorny kroczek może zdecydować o efekcie końcowym.

A to lista najpopularniejszych gier dla kilkulatków, którą dla Was sporządziłam - po kliknięciu w nawę gry, zostaniecie przeniesieni na stronę sklepu HulaHop.pl, gdzie jest opis i cena. Może komuś pomoże takie zestawienie. Gier jest sporo, a ja podlinkowałam te, które najbardziej mi się spodobały.

Gry dla dwulatka:

Jakie gry planszowe dla 2latka można kupić?

Gry dla trzylatka:

1. Kultowe grzybobranie w nowej odsłonie :-) Kiedyś to miałam! 
2. Kot w worku - bardzo fajna, tylko trzeba pilnować elementów, których jest sporo.
4. Solidny chińczyk z drewna - ile ludzie, tyle sposobów na rozwiązanie sytuacji, w której po rzucie kostką okazuje się, że musicie z kimś dzielić jedno pole. Co robicie? My zbijamy pionka, ale wiem, że niektórzy omijają, a znów inni dzielą pole. :-) 

Najlepsze gry planszowe dla 3latka

Gry dla dzieci od 4-5 roku życia:


Planszówki dla 4latka, dla 5latka


Zapraszam Was do podzielenia się swoimi spostrzeżeniami na temat gier, w które graliście z dziećmi. Jak jest Wasz hit i kit? W najbliższej przyszłości planujemy kupić "W lesie, w sadzie" (ostatnia gra na ostatnim zdjęciu). Znacie?
05 września

Zmianowa praca dla mamy... nowa organizacja życia

- Ale masz super pracę! Masz wolne weekendy i Święta, a to najważniejsze. - Słyszałam, gdy mówiłam, że pracuję od poniedziałku do piątku przez 8 godzin. Praca idealna, większość osób o tym marzy. Może i mi będzie lepiej?

- Przyzwyczaisz się, przestawisz się na normalny tryb życia, organizm będzie normalnie funkcjonować bez zarwanych nocek. Popołudnia będą nasze. - mówił On, gdy w pierwszych tygodniach późnym popołudniem przysypiałam na kanapie, bo nie mogłam dotrwać do wieczora.

Tygodnie zamieniły się w miesiące, a miesiące w rok, później w drugi, a ja wciąż wykonywałam plan minimum.
- Czego Ty chcesz od życia? Przecież masz świetną pracę. Zrobisz swoje, wracasz do domu i masz wolne.
- Tak, to są plusy. Przyzwyczaję się. - Powtarzałam niczym mantrę, próbując przekonać samą siebie.
Próbowałam się przestawić, naprawdę próbowałam. Dałam sobie dwuletnią szansę. Co może być lepszego dla mamy, jak nie praca na rano z wolnym weekendem?

Po czym codziennie rano nie mogłam zwlec się z łóżka. Drzemka ustawiona co 10 minut dzwoniła przez 40 minut, bo albo usnęłam wieczorem z K., a i tak się nie wyspałam, albo siedziałam do 2 w nocy, aby wyrwać trochę czasu tylko dla siebie i te 4 godziny snu za wiele nie dawały. Prawda była taka, że ile bym nie spała, to i tak pospałabym jeszcze. Może to przesilenie? Może minie? W sierpniu nastąpiło apogeum. Najwidoczniej jakiś spadek formy, sama nie wiem. Przestałam robić to, co lubię. Zrezygnowałam z biegania, szydełkowania. Maszyna do szycia obrosła w kurz, bo i tak nie miałam czasu, aby nauczyć się szyć. Nawet książki nie chciało mi się czytać, bo oczy odmawiały współpracy i jedyne, co czułam, to pazury Morfeusza, które chciały wciągnąć mnie do swojej krainy. Mimo początkowych protestów, poddawałam się, bo w końcu jutro do pracy. Pojutrze i popojutrze, i jeszcze następnego dnia. Tak od poniedziałku do piątku. Było mi ciągle zimno i włosy zaczęły wypadać całymi garściami. Było mi smutno. Czułam się jak zastygła w bezruchu baletnica z obiema nóżkami wrośniętymi w scenę pozytywki. Nie było niczego, co nakręciłoby mnie od nowa. Nawet to pisanie jakieś takie na siłę.

Jednak nie to było najgorsze w ósemkowym systemie pracy. Zebranie w przedszkolu? Przedstawienie w przedszkolu? Wizyta u lekarza? Załatwienie sprawy w urzędzie? Urlop wypoczynkowy i dwa dni opieki, które mi przysługują, topniały w zastraszającym tempie. Tym sposobem, zamiast wykorzystywać urlop zgodnie z przeznaczeniem czyli na jakiś krótki wyjazd w ciągu roku, wybierałam go na załatwienie spraw. W mojej pracy nigdy nie mam gwarancji, że będę mogła wyjść wcześniej, jeśli tego potrzebuję, a przenigdy nie chciałabym dopuścić do sytuacji, w której moje dziecko występuje w przedszkolu, a na widowni nikogo z nas nie ma. Takie przedstawienia odbywają się kilka razy do roku i dla K. jest to wielkie wydarzenie. Pozostawał więc urlop.

W te "najważniejsze" wolne weekendy, w które i tak zazwyczaj pada, trzeba było... odgruzować mieszkanie. U mnie sprzątanie na zasadzie "codziennie po trochu" nie działało, bo gdy odwaliłam to swoje "trochę", na drugi dzień wszystko wracało do zwyczajnego stanu rzeczy. Czyli bajzlu. Robota na marne. Krok do przodu i od razu krok do tyłu. A ja, jak już sprzątam, to nie lubię rozgrzebać i zostawić. Wolę raz, a porządnie. Poza tym w tygodniu preferuję przeznaczenie czasu na coś innego, bo coś trzeba wybrać. Nie da się zrobić wszystkiego. Może to kwestia złej organizacji, nie neguję, może po prostu nie umiem się ogarnąć w takim systemie pracy. Odkąd pamiętam, pracowałam w zmianach i dwa lata pracy ósemkach niestety nie nauczyły mnie efektywnego zarządzania czasem.

Średnio od południa w niedzielę (jak ja nie znoszę niedzieli) myślałam tylko o tym, że od jutra przez cały tydzień będę chodzić do pracy. Kolejne dni były podobne. Nie mogłam wyłączyć pracy w głowie.
Automatycznie wszystko, co miałam zaplanowane przesuwałam na piątek, bo "jutro do pracy". Gdy ktoś chciał się ze mną spotkać, pisałam -"nie mogę, jutro do pracy". Czas po moim powrocie do domu do wieczora błyskawicznie się kurczył i miałam wrażenie, że dopiero przyszłam, a już trzeba szykować K. do snu i siebie na jutro do pracy.
Wolne Święta były fajne, ale w sumie i tak nigdzie na nie nie wyjeżdżam. Spędzamy je w domu.

Miałam wrażenie, że cała moja energia życiowa pozostaje w pracy, a więc coraz mniej chętnie do niej chodziłam, a przecież ją lubię. Pomyślałam, że tak właśnie zaczyna się wypalenie zawodowe - dość wcześnie, bo przecież jestem dopiero koło 30 - tki.

W końcu nadarzyła się okazja, aby przenieść się w tzw. zmiany. Natychmiast z niej skorzystałam. Pojawiam się w pracy średnio 14 razy w miesiącu na 12 godzin. W tym kilka razy na dzień i kilka razy na noc. Zarówno dzień, jak i noc, może wypaść w weekend albo w Święto.  Pracowałam w ten sposób przed ciążą, po której wydawało mi się, że ze względu na dziecko lepiej pracować ósemkowo. Mogę śmiało powiedzieć, że system zmianowy bardziej mi odpowiada. Dzięki niemu nie muszę brać urlopu na te wszystkie rzeczy, o których pisałam wyżej. Mam szansę odebrać K. z przedszkola. Wcześniej też miałam, ale... ona i tak pojawiała się tam jako jedno z pierwszych dzieci, więc aby nie wychodziła jako jedno z ostatnich, pomagała nam babcia, która odbierała ją o 15.00. Ja odebrałabym ją o wiele później, bo dojazd z pracy do przedszkola trochę zajmuje. Pracę w zmianach zaczęłam od dnia w sobotę i nocy w niedzielę. Dzięki temu przykładowo w tym tygodniu, z wyjątkiem środy, mogę codziennie iść po nią do przedszkola i potem możemy coś wspólnie zaplanować. Wszystko zdążę zrobić rano. Bez presji czasu. Nie musimy angażować nikogo do pomocy tak często, jak do tej pory. Będziemy bardziej niezależni.

Teraz, wchodząc do domu, mogę zamknąć w głowie rozdział praca, a gdy się tam pojawiam, jestem wypoczęta i mam dobry humor.
Czy żal mi całkowicie wolnych Świąt? Sama nie wiem. Coś straciłam, ale też coś zyskałam. Święta to tylko kilka dni w roku i przecież nie będę pracować codziennie we wszystkie świąteczne dni. Rok jest długi, a reszta dni jest równie ważna, nie tylko te świąteczne. 

Czy odczuwam nieprzespane noce? Pewnie, każdy odczuwa, ale z drugiej strony lubię siedzieć do późna. Zawsze lubiłam pracę w nocy. Mniej więcej do 4 rano czuję się dobrze. Później trochę gorzej, ale do końca zmiany zostają raptem 4 godziny. Gdy wszyscy zaczynają swój normalny dzień, mój też się zaczyna, tylko nieco inaczej.






About

authorMamamed.pl to moja opowieść o codzienności, filozofii życia, macierzyństwie i pracy w zawodzie pielęgniarki, snuta zazwyczaj gdzieś po północy, bo jak każda mama przedszkolaka, mogę delektować się chwilą samotności wtedy, gdy wszyscy smacznie śpią.
Learn More →



Dziękuję za odwiedziny

Newsletter