Blog Mamamed.pl to opowieść o codzienności, filozofii życia, macierzyństwie i pracy w zawodzie pielęgniarki, snuta zazwyczaj gdzieś po północy, bo jak każda mama, mogę delektować się chwilą samotności wtedy, gdy wszyscy smacznie śpią.
Lifestyle | Parenting | Pielęgniarstwo | Zdrowie
Z kubkiem kawy o północy, zapraszam wszystkie nocne marki.

19 października

W wieku 5 lat twoja córka przestaje wierzyć, że w przyszłości zostanie pilotem śmigłowca.

print screen kampanii Barbie Mattel - Close the Dream Gap
print screen kampanii Close the Dream Gap


Nowa kampania Barbie Mattel - Close the Dream Gap

Jak podaje firma Mattel na stronie projektu #CloseTheDreamGap, już od 5 roku życia dziewczynki zaczynają dostrzegać, że ich płeć determinuje to, kim staną się w przyszłości.

Ograniczona wiara we własne możliwości sprawia, że kobiety rezygnują z zawodów, które stereotypowo zarezerwowane są dla mężczyzn. Kilka dni po 5-tych urodzinach moja córka powiedziała, że niestety nigdy nie zostanie pilotem śmigłowca, bo tylko chłopcy mogą sterować helikopterami. 

Kampania Close the Dream Gap ma celu zwrócenie naszej uwagi na to, jak stereotypy związane z płcią są krzywdzące. Kobiety nie wykorzystują pełni swoich możliwości. Przekonania o własnych ograniczeniach wpływają na wybór ścieżki zawodowej. Dziewczynki przestają wierzyć, że mogą być tym, kim chcą. Mimo predyspozycji do czegoś innego, wybierają zawody, w których nie zawsze się realizują. Wszystko zaczyna się w wieku 5 lat. Zachowaj czujność.

Jeśli jesteś rodzicem dziewczynki, powinieneś zobaczyć ten film


Porozmawiajmy o dream gap.
To przeświadczenie, które utrudnia dziewczynkom wykorzystanie ich pełnego potencjału.
Widzisz, to zaczyna się już w wieku 5 lat.
Dziewczynki przestają wierzyć, że mogą zostać prezydentami, naukowcami, astronautami, wynalazcami, inżynierami, prezesami.
Ta lista nie ma końca. 

A wiesz dlaczego?

10 października

9 prawd o kobietach, relacjach intymnych i seksie prosto ze szkolnej lekcji. Takiej edukacji seksualnej mówię NIE

Szkoła przekazuje dzieciom seksistowskie treści

O tym, jak naprawdę wygląda edukacja seksualna dzieci w Polsce.

Bohaterem wpisu są niechlubne wycinki z książki, z którą dzieci miały zapoznać się w ramach obowiązkowych zajęć w warszawskiej szkole. Na szczęście do tego nie doszło. Jak tłumaczy przedstawiciel programu Archipelag skarbów, jeden egzemplarz książki został samowolnie wrzucony przez trenera do puli nagród, a następnie wylosowany przez ucznia w warsztatowym konkursie. Niestety, napisany przez księdza młodzieżowy "Poradnik uczuciowo-seksualny. Życie na maksa", jest dostępny cały czas w sprzedaży w kilku księgarniach. Na stronach internetowych króluje opis:

Ta książka jest wywrotowa. Mówi, że seksualność jest piękna i uświęcona. Mówi, że miłość może być zarazem namiętna i czysta, pełna wzajemnego zrozumienia i wierna, zmysłowa i duchowa. Stanowczo odradzana w przypadku alergii na piękno i prawdę.

Z pomocą poradnika dzieci mają zgłębiać tematykę miłości, antykoncepcji, aborcji i problemu wykorzystywania seksualnego.

Jak wygląda piękno i prawda według autorów Życia na maksa?

Otóż, autor przedstawia niepokojący wizerunek kobiety, która zawsze jest winna, zawsze jest głupsza, zawsze powinna być miła, a nawet wdzięczna za "uwagę i zainteresowanie" jakim jest przestępstwo, bo przecież molestowanie seksualne cały czas nim jest, prawda?

Najgorsze jednak przed nami

Aby zobrazować najlepszy wzorzec reakcji na prześladowanie, autor podaje przykład nauczyciela, który szantażuje uczennicę postawieniem złej oceny. Zaleca, aby dziewczynka była miła i absolutnie nie uraziła uczuć pedofila. Ma odnosić się do niego z szacunkiem i życzliwością, podczas gdy ten próbuje nakłonić ją do stosunku płciowego. Ani słowa o obronie, ucieczce, szukaniu pomocy u zaufanej dorosłej osoby.

Wykreowany w poradniku obraz mężczyzny jest jeszcze bardziej niepokojący. Według autora mężczyzna ma prawo, aby postępować bez skrupułów. Zostanie usprawiedliwiony, nawet gdy mowa o przestępstwie. Wynika to z jego natury o "nieco bardziej zwierzęcej seksualności", która wystawiona na próbę zbyt wyzywającym ubiorem kobiety, może stać się nie do opanowania. Zdejmowanie winy ze sprawcy i przerzucenie jej na ofiarę jest niedopuszczalne. W takiej sytuacji najlepiej byłoby, aby dziewczynka odwołała się do świata wartości sprawcy, a gdy to nie pomaga, pozostaje modlitwa o cud.

Co jeszcze możemy wyczytać w poradniku, który teoretycznie mógłby stać się pomocniczą książką do edukacji seksualnej naszych dzieci? Odpowiedź niżej.
23 września

Pielęgniarka z gabinetu szczepień - komentarz do relacji zdruzgotanej mamy



Od jakiegoś czasu w sieci pojawia się bardzo dużo artykułów na temat pracy pielęgniarek. Ma to zapewne związek z tym, co ostatnio dzieje się w ochronie zdrowia. Mam wrażenie, że głównym celem jest hejtowanie personelu medycznego. Taki artykuł znalazł się również na stronie, którą czytam od dawna, lubię i szanuję. We wpisie na temat wizyty w gabinecie pediatrycznym pojawił się dość rozbudowany wątek z pracującą tam pielęgniarką i konkretnie do niego chciałabym nawiązać. 

Pielęgniarka z relacji zdruzgotanej mamy najpierw kręci się po gabinecie, porządkując dokumentację, zamiast w danej chwili zważyć i zmierzyć dziecko. Gdy w końcu to robi, w następnym momencie kieruje się do lodówki, łapie pierwsze z brzegu opakowanie ze szczepionkami i pyta lekarza, jaką konkretnie szczepionkę podać. Zdenerwowana tym zajściem mama ma ochotę ubrać dziecko i uciec jak najdalej od gabinetu pediatry.
"Czas na "występ" pielęgniarki, która do tej pory kręciła się po gabinecie i coś tam porządkowała. Ona też zapomniała, że "wypadałoby" dziecko zważyć i zmierzyć. O wszystko musiałam się upomnieć. Ale i tak najgorsze miało dopiero nadejść. Bo oto pielęgniarka, która ma przed sobą kartę szczepień mojej córki, podchodzi do lodówki, grzebie między pudełkami z lekami i szczepionkami, wyciąga jedno i wypala – "a co to w ogóle miało być za szczepienie?". Och nie – myślę sobie – przecież w karcie jest wszystko napisane! Pediatra, chyba widząc moją przerażoną minę i to, że zastanawiam się, czy nie porwać córki i uciec gdzie pieprz rośnie, spokojnie podchodzi do pielęgniarki. Wyjmuje z jej rąk pudełko i odkłada. Bierze z lodówki inne. – To ta – mówi, a ja czuję, że chyba zemdleję. Oczywiście po tej całej przygodzie nie dałam już wiary zapewnieniom lekarki i sama też sprawdziłam, czy to na pewno ta szczepionka i czy przypadkiem nie jest przeterminowana" / źródło: artykuł na Mamadu | całość tutaj - Chciałam zabrać dziecko i uciec. Oto dlaczego powinniśmy patrzeć lekarzom na ręce.

Pielęgniarki mają pewną szczególną zasadę, której się trzymają. Czasami możesz przeczytać ją na karteczkach, którymi obklejone są szafy z lekami.


Zanim podasz lek, sprawdź 3 razy.


Jest to coś, co towarzyszy nam zawsze, kiedy szykujemy lek dla pacjenta. Po wyjęciu z szafy sprawdzamy, czy wyjmujemy dobry lek. Następnie sprawdzamy kolejny raz, czy jest zgodny ze zleceniem lekarza. Po nabraniu jeszcze raz odczytuje się nazwę z ampułki i przed samym podaniem upewniamy się, że mamy przed sobą właściwego pacjenta.

Nie jesteśmy robotami. Jesteśmy ludźmi z krwi i kości, którzy mogą być zmęczeni, zmartwieni, zabiegani. Mamy prawo pomylić się i wyjąć zły lek z szafy, to może zdarzyć się każdemu. Ty też pewnie nie raz wyjmujesz w domu z szafki nie to, co zamierzałaś. Mamy prawo do takiej pomyłki. Za to nie mamy prawa, aby pomylony lek podać pacjentowi. Dzięki zasadzie trzykrotnego sprawdzenia nie ma możliwości, aby tak się stało.

Wszystko jest w karcie, więc po co jeszcze pytać?


Nie lubimy być sekretarkami, a jednak zajmujemy się też dokumentacją pacjentów, tym "czymś tam", jak to ujęła autorka artykułu. Nie tylko pielęgniarka nie jest cyborgiem. Lekarz także jest tylko człowiekiem i podobnie jak przemęczona pielęgniarka, po kilkunastu godzinach pracy może napisać nazwę niewyraźnie. Równie dobrze pielęgniarka może źle odczytać niewyraźne pismo lekarza. Jeśli w dokumentacji panuje nieporządek, ryzyko złapania karty innej osoby wzrasta. Ład musi być. Wszędzie tam, gdzie pracują ludzie, istnieje ryzyko pomyłki spowodowanej czynnikiem ludzkim.
Aby do tego nie dopuścić, najbardziej naturalną rzeczą jest pytanie. Naprawdę dziwię się, że ktoś może tego nie rozumieć, bo przecież komunikacja w pracy jest bardzo ważna dla bezpieczeństwa pacjentów.

"Proszę sobie sprawdzić, już mówiłem"


Bywa, że ktoś czuje się zirytowany pytaniami pielęgniarki - to się zdarza i kilkukrotnie byłam obiektem czyjejś frustracji, spowodowanej kilkoma krótkimi pytaniami, bo można wyjść z założenia, że skoro w kółko pytamy o jedną rzecz, musi być to przejaw niekompetencji i bałaganu. Otóż nie. Takie pytania nie dość, że należą do moich obowiązków, to zadawane są dla bezpieczeństwa pacjenta. Mi też zdarzyło się usłyszeć podobne zdanie. Pytam o alergie, godzinę ostatniego posiłku i obecność wyjmowanych protez zębowych. Nic takiego, ale raz na jakiś czas pada tak nielubiane przeze mnie zdanie. "Proszę sobie sprawdzić, już mówiłem anestezjologowi". Tymczasem po pytaniu o alergie nagle okazuje się, że ktoś ma uczulenie na któryś z leków. Oczywiście w dokumentacji nic nie ma, bo pacjent uznał to za mało istotną informację i najzwyczajniej w świecie nie powiedział lekarzowi, mimo że ten pytał, przeprowadzając wywiad dzień przed operacją. Jak to miał w zwyczaju mówić dr House - Everybody lies.

Niektórzy już od drzwi nastawiają się na walkę i atak zapominając, że przecież nikt nie chce działać na ich szkodę. Każda, absolutnie każda pielęgniarka stara się robić wszystko, aby się nie pomylić. Jest to zarówno w interesie pacjenta, jak i w swoim własnym. Nie dość, że poprzez błąd medyczny może kogoś skrzywdzić, to ma jeszcze konsekwencje prawne. Między innymi utrata prawa wykonywania zawodu.



Zanim poślubisz pielęgniarkę, musisz wiedzieć że...
Spocona pielęgniarka
Pielęgniarstwo - 10 wskazówek Dalajlamy, które możesz wykorzystać w swoim miejscu pracy 
Więcej niż tylko pielęgniarka. Więcej niż tylko choroba z numerem sali.
Dlaczego pielęgniarki noszą spodnie?

20 września

Pierwsze tygodnie po operacji zeza u dziecka - na co musi przygotować się rodzic?

operacja zeza u dziecka czas gojenia
Na przełomie lipca i sierpnia K. miała operację oka. Bardzo się cieszę, że mamy to za sobą. Zabieg miał miejsce w wakacje, zrezygnowaliśmy więc z wyjazdu na urlop. Niektórzy są zdziwieni - ale jak to - w końcu to tylko oko, malutkie nacięcie jakiegoś mięśnia. Na drugi dzień po operacji opatrunek zostaje zdjęty, trzeciego dnia do domu. Patrząc na to z daleka, można uznać korektę zeza za zabieg kosmetyczny. Tymczasem dla oka to prawdziwa rewolucja, po której trzeba oszczędzać je przez kilka tygodni, czasem troszkę przemeblować życie całej rodziny, a już na pewno nastawić się na kilka małych zmian i wyzwań. Tak też było u nas.

Na co musi nastawić się rodzic po operacji zeza u dziecka?


Na pewno na wpuszczanie kropli do oka. Tylko rodzic zrozumie, co się za tym naprawdę kryje. K. miała zakraplane oko przez okres kilku tygodni. Na początku pięć razy na dobę i z każdym tygodniem o jeden raz mniej. Na szczęście dzięki temu, że jest już duża, pozwalała robić to sobie bez większego oporu. Jeszcze półtora roku temu taka próba podania kropli przy infekcjach oka najpierw przypominała zabawę w berka, a następnie walkę na śmierć i życie. Trudno powiedzieć, czy da radę wcześniej przygotować na to dziecko, ale za to warto poczytać, jak prawidłowo wpuszczać krople do oczu, aby było to skuteczne i nie trwało długo. Można też poprosić o instruktaż przed wypisem ze szpitala.

Do czasu kontroli czyli trochę ponad tydzień po operacji K. siedziała w domu, ale później codziennie wychodziłyśmy na plac zabaw, bo chciałam jakoś wynagrodzić jej to, że całe wakacje spędzi w domu. No i tutaj kolejne wyzwanie - helikopterowanie dziecka czyli nie skacz, nie lataj, nie biegaj. Ogólnie to staram się tego nie robić w takich miejscach, bo w końcu są przeznaczone do tego typu szaleństw, ale niestety skakanie jest niebezpieczne dla zoperowanego oka. Dla mnie było to dużym wyzwaniem, ponieważ K. biega i skacze non stop. Nie jest to dziecko, które wysiedzi w jednym miejscu. Skakanie i zeskakiwanie to nieodłączny element jej natury. Ma dużą potrzebę ruchu, która musiała zostać przez jakiś czas ograniczona. Dorosły człowiek zaakceptowałby to bez problemu, ale dziecku trzeba niestety często przypominać i słuchać smutnego: no nieee, no nieee, gdy trampolina u znajomych wygląda tak zachęcająco... albo gdy dzieci na placu zabaw robią zawody na zeskakiwanie, a reszta rodziców spogląda na Ciebie jak na dziwadło, bo w końcu gdzie jak nie na placu zabaw, dziecko ma się wyszaleć, A ty co chwilę klepiesz jak mantrę: nie skacz, nie skacz... Zamiast roweru i hulajnogi wybierałyśmy spacer, bo po operacji trzeba unikać wysiłku, większych drgań. itd.

Kolejne wyzwanie to spędzanie upałów w domu. Pluskanie się na basenie lub nad jeziorem odpada. Niestety oko jest podatne na infekcje i podrażnienia, więc zakaz kąpieli w tego typu zbiornikach był na liście zaleceń po operacji zeza.


Dłuższy urlop, zwolnienie albo ktoś do pomocy
Tydzień przed operacją nie puściłam K. do przedszkola, aby nie zachorowała, bo wtedy operacja musiałaby zostać przesunięta nawet w przypadku zwykłego kataru. Po operacji spędziła w domu cztery tygodnie. Z początku ropa w oku, krople, pilnowanie zaleceń okulisty. Czas gojenia oka po operacji zeza jest u każdego inny, ale ja nawet teraz widzę małe zaczerwienienie, więc nie wyobrażałam sobie, aby puścić dziecko do przedszkola wcześniej niż po upływie 4 tygodni. Oczywiście nie przesiedziała połowy lata w czterech ścianach, po dwóch tygodniach chodziłyśmy na plac zabaw, ale do torby wrzucałam zawsze jakieś gaziki i sól fizjologiczną do płukania oka, gdyby na placu zabaw dostały się do niego jakieś zanieczyszczenia.

Pogadanki o higienie- zakaz dotykania oka, w szczególności brudnymi rękami
Warto dużo rozmawiać z dzieckiem na temat dbania o oczy, przede wszystkim o tym, że nie można dotykać ich brudnymi rękami. Oczywiście nigdy nie powinno się tego robić niezależnie od sytuacji, ale każdy wie, jak to jest - dzieci zapominają, trą oczy albo zasłaniają je podczas zabawy i trzeba niestety pilnować. 

Pamiętanie o okularach przeciwsłonecznych
Bardzo się przydają po operacji, ponieważ oko samo z siebie łzawi, jest uczucie piasku w oczach, jest wrażliwe na ostre słońce i wiatr. Aby unikać nasilenia tych dolegliwości, można kupić dziecku takie okularki. Silne zaciskanie powiek w reakcji na słońce nie jest wskazane. 


Czasem potrzebny jest jeszcze jeden zabieg. Wydaje mi się, że tak będzie i w przypadku K. Kilka dni po operacji okulista oceniał, czy oko dobrze się goi, ale efekt operacji jest sens sprawdzać dopiero po 3-4 miesiącach. K. wie, że być może za jakiś czas będzie musiała przez to wszystko przejść ponownie, ale na szczęście ze szpitala przyniosła same dobre wspomnienia o maseczkach pachnących truskawką i króliczku, który skacze na monitorze. Jeśli ktoś zastanawia się, gdzie w Warszawie zapisać dziecko na operację zeza, polecam CZD.




15 września

15 września - światowy dzień wiedzy o chłoniakach


Bardzo dużo mówi się o nowotworach piersi, szyjki macicy, płuc... Jesteśmy wyczuleni na pierwsze  symptomy. Chodzimy na USG, cytologię, prześwietlamy klatkę piersiową (i bardzo dobrze!). Wiemy, co powinno niepokoić, kiedy zgłosić się do lekarza. Ogromną rolę odgrywają akcje medialne, różowe wstążki. Ludzie potrafią o siebie zadbać coraz lepiej, aby wykryć te dziady jak najszybciej.

O nowotworach układu chłonnego mówi się niewiele. 15 września każdego roku świat obchodzi dzień wiedzy o chłoniakach, choć zapewne 90% osób nie ma pojęcia o istnieniu takiego dnia, a część z tych osób nie wie o istnieniu takiego nowotworu. Nie jest on tak "popularny" jak te wyżej, a jednocześnie równie podstępny. Może nawet bardziej? W rankingu na cwaność umieściłabym go na samym podium. Dlatego uważam za świetny pomysł to, że taki dzień istnieje. Nie będę umieszczać na blogu żadnych wywodów naukowych. Od tego jest wikipedia, literatura specjalistyczna, lekarze (kolejność przypadkowa).

Napiszę tak po swojemu, że chłoniaki to prawdziwie podłe gady, które zachodzą po cichutku od tyłu, podszywając się pod inne mniej szkodliwe osobistości, przez co można chodzić z lokatorem dość długo, zanim ktoś nakryje go na gorącym uczynku. Tak naprawdę, na każdy dowód jego obecności, łatwo znaleźć z dziesięć uspokajających usprawiedliwień.

Jakie są początkowe objawy chłoniaka?


Przemęczenie. No kto dziś nie jest przemęczony. Za dużo pracy. Za dużo stresu. Za mało chill outu. Niedosypianie. Obowiązki, te wszystkie rzeczy na wczoraj. A może to tzw. przesilenie?
Nic dziwnego, że znów coś Cię łapie. Jakaś zaraza. Jesienna, bo taki sezon. Wiosenna, bo  zdradliwa pogoda. Łykasz tran, witaminy, raz kozie śmierć - nawet syrop z cebuli, najwyżej w pracy nie będziesz się odzywać. Z tego stresu i przemęczenia co chwilę się przeziębiasz, tu Cię przewieje, tam przemokniesz... normalne. Trochę kaszlesz, ale cieszysz się, że organizm walczy, na co dowodem jest twój termometr. Raz masz gorączkę, raz nie masz czyli to dobrze, tak sobie klarujesz w myślach - zaraza zniknęła zanim na dobre się pojawiła. W nocy się pocisz, ale w końcu są upały. A te powiększone węzły to pewnie dlatego, że co chwilę chorujesz. Do tego przyplątała się jeszcze jakaś alergia, bo wszystko cię swędzi. Wymieniasz więc jedne kapsułki do prania na inne. Smarujesz balsamami, bo wiadomo, że przesuszona skóra to nasila. Z tych zrzuconych kilku kilogramów tak się cieszysz, że nawet nie wnikasz, jak ci się to udało, bo i po co.

Chłoniak to sprytny gad, który potrafi się maskować. Może pojawić się w każdym momencie życia, ale w zależności od typu ma swoją ulubioną grupę wiekową, np. pierwszy szczyt zachorowalności na chłoniaka Hodgkina przypada na grupę wiekową 15-35 lat, na chłoniaki nieziarnicze chorują częściej osoby starsze. Co roku w Polsce diagnozuje się chłoniaka u 6 tysięcy osób*.

Na co trzeba zwrócić uwagę? Jakie są objawy chłoniaka?
  • Powiększone, niebolesne i twarde węzły chłonne (u niektórych mogą boleć po wypiciu alkoholu),
  • Częste infekcje dróg oddechowych,
  • Chroniczne zmęczenie i osłabienie,
  • Nawracająca gorączka lub stany podgorączkowe albo gorączka trwająca dłużej niż 2 tygodnie bez żadnej uchwytnej przyczyny,
  • Obfite poty nocne,
  • Chudnięcie (10 procent masy ciała w przeciągu pół roku),
  • Świąd skóry (może się nasilać po gorącej kąpieli),
  • Kaszel, duszność, zła tolerancja wysiłku fizycznego.

Nie jest tak, że ktoś będzie mieć wszystkie te objawy jednocześnie. Niektóre mogą nie wystąpić wcale. Dlatego, jeśli powiększony węzeł/węzły utrzymuje się dłużej i mimo braku infekcji nie znika, a do tego wydaje ci się twardy, zbity, najbezpieczniej jest udać się do lekarza, który to oceni. Przyczyn powiększonych węzłów jest bardzo dużo - to nie musi być chłoniak.

Jak podaje hematoonkologia.pl w swoim spocie z kampanią "chłoń wiedzę o chłoniakach", nowotwory układu chłonnego są dziś chorobami przewlekłymi, a nie śmiertelnymi. Wyleczalność chłoniaka jest bardzo duża.

Piękne sowie oczy wcale nie przypadkowo stały się symbolem tej choroby. W badaniu mikroskopowym węzła chorej osoby można zobaczyć komórki, których wygląd kojarzy się z dużymi oczami sowy. Jednak przyznajmy, takie wyjaśnienie jest mało interesujące, więc niektórzy twierdzą, że trzeba mieć oczy jak sowa, aby "wypatrzeć" u kogoś chłoniaka, co wcale mnie nie dziwi, bo o tym, jak cwany to gad, mogliście przeczytać wyżej. Inni uważają, że sam chłoniak jest niczym taka trudna do przyłapania sowa, która poluje, gdy wszyscy smacznie śpią.

Założę się, że co tydzień jest dzień jakiejś choroby, ale postanowiłam napisać właśnie o tej, ponieważ sowa upolowała już drugą osobę, która jest mi bardzo bliska.




11 lipca

Pani z ulicy M.

Dziecko boi się psów

Wczoraj wracałyśmy z przedszkola jak zawsze, czyli ja na rowerze, a córka na hulajnodze. Co prawda już potrafi jeździć na rowerze bez bocznych kółek, ale jeszcze nie można jej ufać, bo zdarza się, że przy nierównościach terenu odbija kierownicą w stronę ulicy. Dlatego też, abyśmy obie mogły być na swoich dwóch kołach, w drodze z przedszkola K. pędzi na hulajnodze, a nie rowerze.

Zbliżałyśmy się do końca uliczki. Powiedziałam, aby się zatrzymała. Staram się tak ją uczyć, bo nigdy nie wiadomo, czy ktoś nie wyjdzie albo nie wyjedzie zza rogu. Zderzenie mojego dziecka z inną osobą to ostatnia rzecz, na jaką mamy ochotę. W naszej miejscowości chodniki są zazwyczaj bardzo wąskie, dlatego niezależnie od tego, czy jedzie hulajnogą czy rowerem, uczulam ją na to, że trzeba zwolnić albo najlepiej zatrzymać się przy ogrodzeniu, aby przepuścić osobą idącą z naprzeciwka. W innym razie istnieje duże prawdopodobieństwo najechania na bogu ducha winnego człowieka. Tak więc i tym razem nie zrobiłyśmy wyjątku. Zatrzymałyśmy się na końcu uliczki, aby się rozejrzeć i dopiero wtedy skręcić w prawo. Zobaczyłam, że stoi tam pani z psem na rozwiniętej na mniej więcej 3-4 metry smyczy.

Postanowiłam zaczekać, aż sobie spokojnie przejdą, bo po pierwsze nie znam tego psa i choć wyglądał na uosobienie łagodności i dobrze mu z oczu patrzyło, to nigdy nie wiadomo, jak stworzenie zareaguje na nasze koła. Bardzo dużo jeżdżę na rowerze i wiem, że zwierzęta potrafią zachować się różnie. Większość jest przyzwyczajona do rowerzystów, co widać po leniwym łypnięciu okiem z przejawem tumiwisizmu. Znów inne zamieniają się w naziemną wersję rekina i gdy tak obszczekują nogę, pożerając ją wzrokiem wygłodniałej bestii, w uszach dzwoni mi ta melodyjka tu-tu, tu-tu, tu-tu (to ta ze Szczęk, jakby ktoś nie poznał).
Po drugie, nasze przejście na drugą stronę było w tym momencie niemożliwe. O ile przez tę długaśną smycz można byłoby poskakać jak przez gumę w starych dobrych czasach, to nasz sprzęt jeżdżący na skakanie namówić się nie da. Zdaję sobie sprawę, że dwie osoby, rower i hulajnoga zajmują praktycznie całą szerokość chodnika, dlatego w takich miejscach nie wpycham się, tylko czekam, aż ktoś przejdzie.
Po trzecie wiem, że K. dużych psów się po prostu boi. Każdy się czegoś boi. Jedni boją się burzy, drudzy zastrzyków, inni kleszczy, a moje dziecko boi się psów większych niż ona. Nawet jeśli wesoło merdają ogonem i chcą się bawić, a ona tego nie chce, to nie mam powodu, aby ją zmuszać do kontaktu, zwłaszcza jeśli chodzi o zwierzaka, którego nie znam. 
Jeśli boisz się burzy, to jak czułbyś się, gdyby ktoś wystawił Cię na balkon w trakcie grzmotów i zaryglował drzwi? Jeśli czujesz się źle na dużej wysokości, byłoby Ci niefajnie, gdyby ktoś Cię pojmał, porwał i zrzucił z bungee. Dlatego, jeśli moja córka boi się psów, nie zmuszam jej do głaskania i podchodzenia blisko, co wydaje mi się to naturalne. 

Generalnie to preferuję slow life i nie robię problemów z niczego. Nigdzie się nie spieszyłyśmy. Miałyśmy w planach plac zabaw. Ważna sprawa, ale jednak nic na tyle pilnego, aby ciąć przez chodnik jak strzała, rozjeżdżając przy okazji każdą napotkaną przeszkodę. Naprawdę nie mam nic do ludzi z psami na chodnikach, rowerzystów na chodnikach, matek z wózkami i dzieci na biegówkach (wiem, że niektórym wadzi obecność tychże osób). Wszystko jest kwestią życzliwości w koegzystowaniu na tym wąskim kawałku betonu.

Pani jednak miała inne zdanie. Widząc, że moje dziecko boi się jej psa, skręciła w naszą stronę, wydłużyła smycz i stanęła, obserwując. A w każdy razie tak to wyglądało, bo jak ocenić inaczej sytuację, w której ktoś, widząc bojące się dziecko, staje i wydłuża smycz? Powiedziałam do K. - skręcaj w prawo, jadę przy Tobie, nie bój się, ale tak się złożyło, że K. chciała tego pieska wyminąć, a jednocześnie z naszej ulicy M. wyjeżdżał samochód, więc stanęła jak skamieniała na czymś, co może kiedyś było trawnikiem, a teraz nie wiadomo, czy to jeszcze chodnik czy już jezdnia. Zobaczyłam, jak jej usta wyginają się w podkówkę i mówi do mnie - mamo, boję się. Byłam jakieś 3 metry od niej i trzymałam swój rower, a więc raczej mało zwrotna byłam. Zawołałam więc, aby do mnie podjechała i przy okazji zwracam się pokojowo do kobiety z psem, że my go po prostu nie znamy, nie wiemy, czy jest agresywny i stąd taka reakcja dziecka. K. jak stała tak stała, a w panią... jakby diabeł wszedł.

Odparła mocno obrażona, że chodnik jest dla wszystkich, zarówno dla niej z psem, jak i dla mnie z dzieckiem. Powiedziałam jej, że przecież wcale tego nie zakwestionowałam. Ona zaś nawyzywała kilkukrotnie moje dziecko od histeryczek, choć tak naprawdę K. tylko stanęła w jednym miejscu i powiedziała, że się boi i poprosiła, abym do niej podeszła. Tyle i tylko tyle.

Z początku byłam zła i miałam ochotę podjechać do tej osoby i coś jej na ten temat powiedzieć, ale skupiłam się na K. jak przez całe wcześniejsze 3 minuty. Nie miałam ochoty za nią krzyczeć, za stara jestem na te numery. Poza tym dłuższy czas temu zrobiłam sobie szlaban na przyjmowanie cudzych negatywnych emocji i to też zamierzam wpoić K. Po paru minutach emocje opadły, ale niesmak jednak pozostał. 




About

authorMamamed.pl to moja opowieść o codzienności, filozofii życia, macierzyństwie i pracy w zawodzie pielęgniarki, snuta zazwyczaj gdzieś po północy, bo jak każda mama przedszkolaka, mogę delektować się chwilą samotności wtedy, gdy wszyscy smacznie śpią.
Learn More →



Dziękuję za odwiedziny

Newsletter