Czy mężatce przystoją romanse? - Mamamed.pl

Czy mężatce przystoją romanse?

Share This
Romanse historyczne na jesienne wieczory

Gdybym miała futro, cztery łapki i sto kilogramów mięśni, zimą jak każdy niedźwiedź zapadłabym w sen, a tak jedynie robię się posępna z tendencją do melancholii. Wszystko, co dotychczas zaprzątało mi głowę, czeka na wiosnę. Wraz z nią przyjdą nowe siły, pomysły i słońce. Na razie uzbroiłam się w witaminę D i wdrożyłam plan minimum, w którym każdy wieczór ostatecznie sprowadza się do kocyka, książki i kubka herbaty. Już nie kakao, bo utrzymuję pozory, że dbam o linię. Mówią, że jeśli nie możesz chodzić, to chociaż się czołgaj, a ja postanowiłam dopasować to stwierdzenie do swojego zimowego życia, więc skoro żadne diety mi nie idą, kakao zamknęłam na kłódkę. I nie obżeram się czekoladą. W każdym razie nie częściej niż raz na dwa tygodnie. 

Po pladze chorób, która rzuciła się na nas jak muchy na lep, trochę się zmieniło. Strasznie dobrze było mi być tak offline. Prawda jest taka, że człowiek w każdej godzinie życia może wymyślić sobie z trzy powody, aby na moment odpalić laptopa. Przyzwyczajamy się, że wszystko możemy znaleźć szybko, łatwo i przyjemnie. Przy okazji jesteśmy bombardowani nieistotnymi informacjami, czasem śmieciowymi. Mózg wchłania to bardzo chętnie, a później przeczytanie czegoś na papierze (lub e-papierze czytnika) bez tych wszystkich ulepszaczy  to prawdziwe wyzwanie. Bardzo łatwo się rozpraszam nawet wtedy, gdy już nie korzystam z komputera. Życie offline jest jakby wolniejsze, pełniejsze i jest w nim więcej miejsca na inne aktywności, choćby czytanie.

Gdy tak ugrzęzłam w swoim zimowym spleenie, zamarzyły mi się książki, przy których śledząc losy bohaterów, człowiek wyzbywa się resztek zdrowego rozsądku. I siedzi. Siedzi, choć dobiega druga w nocy, a punkt szósta trzeba podnieść swoje zwłoki. Są dwie kategorie ludzi, którzy wiecznie prawie się spóźniają. Jedni robią to, bo tak długo się szykują. Jednym słowem nie mogą się wyjaić. Ja należę do tych drugich, którzy namiętnie majstrują przy swoim budziku, ustawiając nieskończoną ilość drzemek. No chyba, że wybieram się na bal, jak przystało na prawdziwego kopciucha. Wtedy naprawdę nie mogę się wyjaić. Miałam potrzebę pomieszkania w książkowym świecie alternatywnym. Nie oznacza to, że ten realny jakoś dał mi w kość. Zimowa monotonia obiera życie z kolorów. W lato spędzamy więcej czasu na świeżym powietrzu. Jest rower, więcej biegania, spacery. Późną jesienią zaczyna się sezon książkowy. To dla mnie naturalne. Już przywykłam, że moje życie przypomina krzywą Gaussa i przez kilka miesięcy w roku robię wszystko, a później drugie tyle nie robię nic szczególnego.

Przejdźmy jednak do tego, co niedźwiedziopodobne kobiety lubią najbardziej. Oczywiście oprócz zimowego snu, miodu i gromadzenia zapasu tkanki tłuszczowej na zimę, a więc do czytania. Przebrnęłam przez różne gatunki, do jednych przekonałam się bardziej, do innych mniej. Mam swoje ulubione na honorowej półce w książkowej części mojego serca. Jednak tej zimy sięgnęłam po coś nowego. Otóż, zaczytałam się w romansie historycznym i mam nadzieję, że starczy mi życia na pochłonięcie każdego jednego, który został napisany. Okazało się, że to moja naj naj najdozgonniejsza miłość. Na wieki.

Romans historyczny - co w nim jest takiego


Romans historyczny to opowieść o miłości, która wydarzyła się dawno temu. W innej epoce, na tle wydarzeń historycznych, choć w większości jest o nich tylko napomknięte lub jest to fikcja historyczna. Akcja moich czytadeł najczęściej rozgrywała się w okolicach XIV-XV wieku (polskie średniowiecze), dalej XVIII/XIX wiek. Oczywiście nie jest to regułą, ale pisarki romansów historycznych szczególnie upodobały sobie te okresy. Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek czytała romans, którego autorem byłby mężczyzna. Jeśli tak było, najwidoczniej nie był szczególnie dobry, skoro tego nie pamiętam.

Miłość jest tematem uniwersalnym, który od zarania dziejów zawsze będzie aktualny. Książkowe postacie przeżywają te same rozterki, co ludzie żyjący współcześnie. Miłość się nie zmienia. Towarzyszące jej emocje są identyczne niezależnie od tego, w którym wieku się urodziłaś. W tym przypadku bohaterowie dodatkowo zmagają się z charakterystycznymi dla danej epoki tradycjami i konwenansami. Bardzo często nie mogą być tak do końca wolni, samodzielni, podejmować ostatecznych wyborów, a jednak w tym wszystkim udaje się im odnaleźć szczęście. Dotyczy to głównie kobiet, które niezależnie od okresu historycznego, zawsze musiały walczyć o głos, akceptację swoich decyzji, bycie pełnoprawnym członkiem społeczeństwa i niezależność.

Romanse posiadają łatki mało ambitnej lektury, czasem tak głupiej, że wstyd czytać, wręcz ogłupiającej. Kiedyś sama wpadłam w takie przekonanie, ale z wiekiem człowiek mądrzeje i zaczyna dostrzegać, że nie wszystko musi mieć drugie dno. Gdy sięgam po tego typu książkę, oczekuję lekkiej historii, która umili mi wieczór, to wszystko. W tej kwestii całkowicie spełnia moje potrzeby czytelnicze.

Zarzuca się im też przewidywalność. To fakt, każdy jeden kończy się happy endem, ale szczerze mówiąc, nie mam ochoty zimową porą ryczeć jak bóbr. Czasem, gdy czytam krótkie wprowadzenie do książki, wiem już jak mniej więcej się skończy. Można to uznać za minus, ale w sumie czytam, bo od dziecka mam taką dolegliwość, że lubię przenieść się w czasie do innego świata. Nie sięgam po książkę tylko po to, aby dowidzieć się, co jest na końcu. Przyjemność sprawia mi sam proces czytania, a najbardziej od tego momentu, kiedy przestaje się widzieć litery, a w głowie przewijają się już tylko obrazy pochłanianej w danej chwili opowieści.

Jeśli chodzi o minusy, dostrzegam jeden, ale nieduży. Pierwsze romanse historyczne przeczytałam na czytniku e-booków i nie widziałam okładek. Gdy później zerknęłam, jak wygląda wersja papierowa, złapałam się za głowę. Mówi się, aby nie oceniać książki po okładce,  ale faktycznie w życiu nie wypożyczyłabym  pierwszych romansideł, jeśli miałabym wybrać książkę na podstawie okładki. Te wydane dawniej są albo nijakie, bo przedstawiają jakiś przedmiot na krzykliwie kolorowej okładce, ale to pół biedy, bo reszta przedstawia zazwyczaj obejmujących się namiętnie rozchełstanych zakochanych bohaterów, co wygląda prześmiesznie i mam ochotę owinąć je gazetą. :-) Na szczęście wydawnictwa wychodzą naprzeciw nowym trendom okładkowym, na przykład ta nowa seria romansu historycznego z wydawnictwa Amber i romanse z Sonia Draga. Akurat te wpadły mi w oko. W księgarniach rzadko romans podzielony jest na podkategorie, stąd wcale nie tak łatwo odnaleźć w gąszczu tych współczesnych interesującą mnie lekturę. W każdym razie, jeśli chodzi o okładki, są naprawdę w porządku.

Najlepsze książki na jesienne wieczory


Kiedyś Gosia Antyterrorystka napisała, że ludzie czasem boją się przyznać do czytania książek uznawanych za mało ambitne, bo reakcja otoczenia bywa różna. Nie powinniśmy wstydzić się tego, co czytamy, w końcu książki dobiera się głównie do nastroju i upodobań, jak zaznaczyła Gosia. Moim zdaniem czytana książka nikogo nie definiuje jako człowieka i każdy z nas szuka czegoś innego. Ja, zamiast duchowego uniesienia nad rzędami literek, wolę się po prostu rozerwać, zasmucić, uśmiechnąć. Nie trzymam się jednego gatunku. Zazwyczaj drążę daną tematykę, dopóki mi się nie znudzi, po czym czytam dalej. Był czas dystopii i antyutopii, literatury górskiej, fantastyki, poezji, polskich autorów (dzięki Gosi - tu jeszcze nie skończyłam zgłębiać) i wiele, wiele innych. Teraz mam fazę romansu historycznego. Nigdy nikogo nie wyśmiewałam z powodu rodzaju książki, którą trzyma w rękach. Natomiast przyznaję się bez bicia, że dziwnie mi się robi, gdy ktoś się przyznaje, że nie czyta w ogóle - kompletnie nic, nawet jednej, maluteńkiej książki na rok. Bo nie lubi. Zastanawiam się wtedy, czy tak się w ogóle da? Da się przejść przez życie bez książek, bez tych wszystkich bohaterów literackich, ich historii i emocji, które odczuwamy, śledząc ich losy?  No nie ma opcji. 

Pages