Latest Posts


Wczoraj wracałyśmy z K. z przedszkola jak zawsze, czyli ja na rowerze, a ona na hulajnodze. Co prawda K. już potrafi jeździć na rowerze bez bocznych kółek, ale jeszcze nie można jej ufać, bo zdarza się, że przy nierównościach terenu odbija kierownicą w stronę ulicy. Dlatego też, abyśmy obie mogły być na swoich dwóch kołach, w drodze z przedszkola K. pędzi na hulajnodze, a nie rowerze.

Zbliżałyśmy się do końca uliczki. Powiedziałam, aby się zatrzymała. Staram się tak ją uczyć, bo nigdy nie wiadomo, czy ktoś nie wyjdzie albo nie wyjedzie zza rogu. Zderzenie mojego dziecka z inną osobą to ostatnia rzecz, na jaką mamy ochotę. W naszej miejscowości chodniki są zazwyczaj bardzo wąskie, dlatego niezależnie od tego, czy jedzie hulajnogą czy rowerem, uczulam ją na to, że trzeba zwolnić albo najlepiej zatrzymać się przy ogrodzeniu, aby przepuścić osobą idącą z naprzeciwka. W innym razie istnieje duże prawdopodobieństwo najechania na bogu ducha winnego człowieka. Tak więc i tym razem nie zrobiłyśmy wyjątku. Zatrzymałyśmy się na końcu uliczki, aby się rozejrzeć i dopiero wtedy skręcić w prawo. Zobaczyłam, że stoi tam pani z psem na rozwiniętej na mniej więcej 3-4 metry smyczy.

Postanowiłam zaczekać, aż sobie spokojnie przejdą, bo po pierwsze nie znam tego psa i choć wyglądał na uosobienie łagodności i dobrze mu z oczu patrzyło, to nigdy nie wiadomo, jak stworzenie zareaguje na nasze koła. Bardzo dużo jeżdżę na rowerze i wiem, że zwierzęta potrafią zachować się różnie. Większość jest przyzwyczajona do rowerzystów, co widać po leniwym łypnięciu okiem z przejawem tumiwisizmu. Znów inne zamieniają się w naziemną wersję rekina i gdy tak obszczekują nogę, pożerając ją wzrokiem wygłodniałej bestii, w uszach dzwoni mi ta melodyjka tu-tu, tu-tu, tu-tu (to ta ze Szczęk, jakby ktoś nie poznał). 
Po drugie, nasze przejście na drugą stronę było w tym momencie niemożliwe. O ile przez tę długaśną smycz można byłoby poskakać jak przez gumę w starych dobrych czasach, to nasz sprzęt jeżdżący na skakanie namówić się nie da. Zdaję sobie sprawę, że dwie osoby, rower i hulajnoga zajmują praktycznie całą szerokość chodnika, dlatego w takich miejscach nie wpycham się, tylko czekam, aż ktoś przejdzie.
Po trzecie wiem, że K. dużych psów się po prostu boi. Każdy się czegoś boi. Jedni boją się burzy, drudzy zastrzyków, inni kleszczy, a moje dziecko boi się psów większych niż ona. Nawet jeśli wesoło merdają ogonem i chcą się bawić, a ona tego nie chce, to nie mam powodu, aby ją zmuszać do kontaktu, zwłaszcza jeśli chodzi o zwierzaka, którego nie znam. 
Jeśli boisz się burzy, to jak czułbyś się, gdyby ktoś wystawił Cię na balkon w trakcie grzmotów i zaryglował drzwi? Jeśli czujesz się źle na dużej wysokości, byłoby Ci niefajnie, gdyby ktoś Cię pojmał, porwał i zrzucił z bungee. Dlatego, jeśli moja córka boi się psów, nie zmuszam jej do głaskania i podchodzenia blisko, co wydaje mi się to naturalne. 

Generalnie to preferuję slow life i nie robię problemów z niczego. Nigdzie się nie spieszyłyśmy. Miałyśmy w planach plac zabaw. Ważna sprawa, ale jednak nic na tyle pilnego, aby ciąć przez chodnik jak strzała, rozjeżdżając przy okazji każdą napotkaną przeszkodę. Naprawdę nie mam nic do ludzi z psami na chodnikach, rowerzystów na chodnikach, matek z wózkami i dzieci na biegówkach (wiem, że niektórym wadzi obecność tychże osób). Wszystko jest kwestią życzliwości w koegzystowaniu na tym wąskim kawałku betonu.

Pani jednak miała inne zdanie. Widząc, że moje dziecko boi się jej psa, skręciła w naszą stronę, wydłużyła smycz i stanęła, obserwując. A w każdy razie tak to wyglądało, bo jak ocenić inaczej sytuację, w której ktoś, widząc bojące się dziecko, staje i wydłuża smycz? Powiedziałam do K. - skręcaj w prawo, jadę przy Tobie, nie bój się, ale tak się złożyło, że K. chciała tego pieska wyminąć, a jednocześnie z naszej ulicy M. wyjeżdżał samochód, więc stanęła jak skamieniała na czymś, co może kiedyś było trawnikiem, a teraz nie wiadomo, czy to jeszcze chodnik czy już jezdnia. Zobaczyłam, jak jej usta wyginają się w podkówkę i mówi do mnie - mamo, boję się. Byłam jakieś 3 metry od niej i trzymałam swój rower, a więc raczej mało zwrotna byłam. Zawołałam więc, aby do mnie podjechała i przy okazji zwracam się pokojowo do kobiety z psem, że my go po prostu nie znamy, nie wiemy, czy jest agresywny i stąd taka reakcja dziecka. K. jak stała tak stała, a w panią... jakby diabeł wszedł.

Odparła mocno obrażona, że chodnik jest dla wszystkich, zarówno dla niej z psem, jak i dla mnie z dzieckiem. Powiedziałam jej, że przecież wcale tego nie zakwestionowałam. Ona zaś nawyzywała kilkukrotnie moje dziecko od histeryczek, choć tak naprawdę K. tylko stanęła w jednym miejscu i powiedziała, że się boi i poprosiła, abym do niej podeszła. Tyle i tylko tyle.

Z początku byłam zła i miałam ochotę podjechać do tej osoby i coś jej na ten temat powiedzieć, ale skupiłam się na K. jak przez całe wcześniejsze 3 minuty. Nie miałam ochoty za nią krzyczeć, za stara jestem na te numery. Poza tym dłuższy czas temu zrobiłam sobie szlaban na przyjmowanie cudzych negatywnych emocji i to też zamierzam wpoić K. Po paru minutach emocje opadły, ale niesmak jednak pozostał. 




Continue Reading

Nie bez kozery wykańczanie mieszkania nazwano wykańczaniem. Takie zabawne drugie dno. Całkowite przeciwieństwo moich dotychczasowych wyobrażeń. Tych o kobiecie z alejki sklepu remontowego, która posyła uśmiech z najnowszej gazetki promocyjnej. Nasze wykańczanie wystartowało kilka miesięcy temu. Na chwilę obecną mamy ułożone podłogi i pomalowane ściany. Powolutku zbliżam się do etapu meblowania, a dokładnie to jestem w fazie oglądania inspiracji. Dałabym sobie uciąć rękę, że urządzanie pokoju dziecięcego to akurat najłatwiejsza rzecz na świecie. W porównaniu do całej reszty to pikuś, bo co może być trudniejszego od osiągnięcia consensusu z własnym ślubnym w sprawie wyglądu płytek w łazience? Odkąd śledzę grupy związane z tematyką wnętrz, mam coraz więcej wątpliwości, bo jak się okazuje, popełnienie któregoś z tych 14 błędów jest niewiarygodnie łatwe.  

Co możesz zrobić źle, szykując pokój dla dziecka? 14 wnętrzarskich błędów według internautów. Sprawdź koniecznie, czy któryś z nich masz na sumieniu. I najlepiej nie czytaj tego przed remontem. Albo wcale nie czytaj.

 

⇢   Za białe ściany   ⇠

Roztaczają aurę sterylności, przypominając tym samym szpital, a nawet jeśli nie, z pewnością nie pasują do dziecka. Są takie smutne i nudne. W takim pomieszczeniu nawet dorosły może nabawić się depresji. Potencjał pokoju uległ zmarnowaniu. Mógł być stylowy, kolorowy, wesoły, a jest właśnie taki - biały i bezpłciowy. Przemaluj koniecznie tę szpitalną izolatkę, zanim ktoś zacznie donosić kolorowe tabletki.

⇢   Za kolorowe ściany   ⇠

Jak można spać w czymś takim? Opętany niekończącym się chaosem mózg dziecka generuje myśli, które niczym mały chomiczek w swoim kręciołku, nie pozwalają spać, bawić się i uczyć. W tych kolorach nie da się odpocząć, pomijając aspekt estetyczny. Koniecznie przemaluj albo zaklej białą tapetą minimum trzy ściany, a na czwartą daj kremową.

⇢   Za różowe ściany   ⇠

Za cukierkowe, za mdłe, za oczojebne, za kiczowate, za banalne, za księżniczkowate i za bardzo dziewczyńskie. Po prostu za różowe i koniec.

⇢   Nie widać zabawek/schowane   ⇠

Czy to aby na pewno pokój dziecka? Ktoś tutaj naoglądał się katalogów sklepu na I. To dziecko musi mieć smutne dzieciństwo. Na pewno się nie bawi, bo zabawki perfidnie ukryto za drzwiczkami szafek, w szufladach komód, aby nikt ich nie odnalazł przez kolejne trzy pokolenia.

⇢   Zabawki wszędzie, w pojemnikach, na półkach i na parapecie   ⇠

Weź posprzątaj ten burdel, nie wstyd ci matko, że tak mieszkacie? Jak można mieć tak naćkane w pokoju dziecka? Jak ono ma się czymkolwiek bawić, skoro przez tydzień musi się zastanawiać, którą zabawkę z tej sterty wybrać?

⇢   TV w pokoju   ⇠

To dziecko pewnie ogląda tv 24h na dobę. Niszczysz mu dzieciństwo, zabijasz kreatywność i depczesz wyobraźnię. Smutne, cholernie smutne. Przynajmniej masz spokój, leniwa kwoko.

⇢   Nie ma tv, ale nie widać też książek ⇠

To dziecko pewnie nie czyta kompletnie nic. Znak naszych czasów? Do biblioteki pewnie też nie jest zapisane? I niech zgadnę, nie macie w domu ani jednej książki?

⇢   Książki, rzędy książek, na każdej półce książki   ⇠

Naprawdę fajnie, że tyle czytacie, ale patrząc na zdjęcie pokoju zastanawiam się, czy to jeszcze pokój dziecka czy już księgarnia? Zdecydowanie za dużo. Kup  szafy z drzwiami i pochowaj, aby nie leżało na wierzchu, a 3/4 wynieś do piwnicy lub kup na te książki 10 takich samych pojemników, które ustawisz w równych rzędach. A te książki, które będą luzem, ustaw rozmiarami, będzie wrażenie większego ładu.

⇢Wszędzie stoją książki i gry, a zabawki wysypują się z pstrokatych pojemników

O Kufa, na środku jeszcze różowego flaminga sobie postaw!

⇢   Przebudowa pokoju na dwa osobne dla rodzeństwa    ⇠

Kiedyś w jednym pokoju po 15 osób mieszkało, po 4 spało na jednym tapczanie, a gdy ktoś przyjeżdżał w gości to spał w wannie. I wszyscy żyjemy. Teraz to ludziom w tyłkach się przewraca.

⇢   Przemeblowanie pokoju, aby zamieszkało w nim więcej niż 2 dzieci   ⇠

Patologia. Typowa Grażyna razem z typowym Januszem otwierają produkcję, bo 500 plus. Szkoda tej trójki dzieci, która będzie spędzać czas w jednym pomieszczeniu.  

⇢   Wykładzina zamiast paneli   ⇠

Fuj! Wiecie ile syfu siedzi w wykładzinie? Ile roztoczy? U dziecka w życiu nie położyłabym czegoś takiego. Będzie wiecznie brud, paprochy i plastelina, a dziecko będzie się w tym w kółku tytłać. No chyba że będziesz codziennie odkurzać.

⇢   Panele bez dywanu   ⇠

Temu pokoikowi czegoś brakuje! Już wiem! Dywanu!

⇢   Dywan  ⇠

Nie pasuje. Zdecydowanie. Weź go zmień.





Zdjęcie: bank zdjęć Pixabay
Continue Reading

Pewien mądry gość, którego nazywają Dalajlamą, stworzył listę 10 złodziei energii życiowej. Jego wskazówki umilają mi egzystencję od długiego czasu, zarówno w pracy zawodowej, jak i w życiu prywatnym. Praca w zawodzie pielęgniarki daje kopa do działania, ale równie często bywa źródłem smutku, rozdrażnienia i wyczerpania psychicznego. Chciałbym podzielić się z Wami moimi dalajlamowymi sposobami na zachowanie równowagi psychicznej. Niektórzy uważają, że jestem oazą spokoju. Oczywiście w rzeczywistości znacznie odbiegam od takiego określenia :-). Staram się jednak cały czas pracować nad sobą. Nie widzę w tym nic złego. Ludzie dbają o jakość życia na sto różnych prozaicznych sposobów, nie można zapomnieć o czymś dla ducha. W moim przypadku są to uniwersalne i ponadczasowe zbiory zasad, których próbuję się trzymać. 

Wcześniej czy później nadchodzi moment, kiedy uświadamiasz sobie, że masz wszystkiego dość. Brakuje Ci motywacji, przerastają Cię codzienne sytuacje i praca, którą wykonujesz, sprawia wrażenie nieco syzyfowej. Możesz sobie tłumaczyć, że to przez mało satysfakcjonujące zarobki, atmosferę czy przez natłok zadań. Na pewno nie pozostaje to bez wpływu na życie zawodowe, ale tak naprawdę tym największym czynnikiem oddziałującym na poziom Twojej energii życiowej jesteś Ty sama. Na co dzień jesteśmy wystawiani na jej ubytek regularnie, zarówno przez ludzi, jak i sytuacje, w które niejednokrotnie wpędzamy się sami. Wielu rzeczy nie zmienimy, ale siebie trochę można zawsze. Jak mądrze zarządzać własną energią życiową? Jak żyć w zgodzie ze współpracownikami i z samym sobą? Jak zachować radość z życia i pracy bez względu na okoliczności? To tyle słowem wstępu, który to nigdy nie jest moją mocną stroną. Poczytaj, co poradziłby Ci Dalajlama. 

Unikaj osób, które chcą Cię wciągnąć w swoją czarną chmurę


Niektórzy w naturze mają wieczne narzekanie, wszędzie piętrzą przeszkody. Tacy typowi narzekacze. Nawiązują z Tobą kontakt tylko i wyłącznie po to, aby przelać swoją frustrację, po czym odchodzą, czując się lepiej. Choć nie mamy wpływu na to, z kim pracujemy, ani nie mamy dostatecznej mocy, aby kogoś zmienić, możemy nauczyć się reagować na to, co spotyka nas z jego strony. Jest takie przysłowie, że niechciany prezent wraca do adresata. Jeśli przetłumaczysz sobie, że nie przyjmujesz negatywnych emocji, które ktoś Ci w swoim rozgorączkowaniu przesłał, wrócą z powrotem do niego. Jak to dosłownie ujął Dalajlama, "nie bądź czyimś koszem na śmieci". Nie chodzi o sytuacje, w której przyjaciel chce Ci się wyżalić, podzielić problemami, a raczej o ludzi, którzy, odzywają się do Ciebie, aby sobie ponarzekać i pójść dalej, jeśli nie zaczniesz narzekać razem z nimi. To wampiry energetyczne, które same sobie działają na szkodę. Załóżmy, gdy podzielisz ich złość i rozdrażnienie, nakręcą się jeszcze bardziej, a w dodatku Ciebie.

Miej zawsze czyste konto


Jeśli pożyczasz coś od koleżanki/kolegi w pracy, zawsze oddawaj. Jeśli ktoś wyświadczy Ci przysługę, od razu ją oddaj. Nie ma nic gorszego niż ciągnące się za Tobą widmo niespłaconego długu wdzięczności. Ktoś Cię uratował i zamienił się z Tobą dyżurami, od razu ustalcie, kiedy możesz mu oddać tak, aby również był zadowolony. Ktoś za Ciebie został chwilę dłużej, następnym razem zmień go wcześniej

.

 Jeśli obiecujesz, dotrzymaj słowa


Zdarzyło Ci się coś obiecać i nie spełnić swojej obietnicy? Mi tak. Jest to bardzo niekomfortowa sytuacja, która jeszcze długi ciągnie się za Tobą niczym ogon. Jeśli coś się wydarzyło i nie możesz dotrzymać słowa, najlepiej o tym porozmawiać. Inaczej będzie to siedzieć gdzieś z tyłu Twojej głowy, zabierając Ci energię życiową. Oczywiście istnieją ludzie, którzy składają liczne obietnice, po czym tracą zainteresowanie ich spełnieniem, choćby politycy, ale większość z nas stara się być słowna, więc sytuacja, w której dajemy plamę, to źródło wielkiego dyskomfortu.

Skup się na tym, co lubisz robić


W naszej pracy musimy robić wszystko. Nie możemy wybierać sobie obowiązków, choć każdy ma rzeczy, które lubi robić bardziej lub mniej. Dlatego jeśli mam do zrobienia coś, za czym nie przepadam, wolę to zrobić od razu, aby to wyrzucić z głowy. Nie odkładam na później nieuniknionego. Im dłużej będzie to nade mną wisiało, tym bardziej wypełni to moje myśli. Ta zasada u mnie sprawdza się w pracy, ale w życiu prywatnym już mniej - w moim domu trzymamy się hasła "co masz zrobić jutro, zrób pojutrze", a więc przed odwiedzinami u nas, lepiej wcześniej się zapowiedzieć, aby dać nam szansę uprzątnąć skonstruowane ze stert do prasowania krzywe wieże w Pizie, wyburzyć piramidy z zabawek i ogarnąć tzw. komono (pierdyliard drobiazgów bez kategorii według Marie Kondo):-))))

Znajdź równowagę


Zawsze znajdziesz powód, aby brać kolejne dodatkowe dyżury. Bo kredyt, bo remont, bo wakacje, bo akurat masz w jednej pracy wolne i dasz radę wcisnąć coś w kolejnej. Ale czy znajdujesz powód, aby odpocząć? Ile razy mówiłaś sobie, że kiedyś zwolnisz. Kiedyś, ale jeszcze nie teraz. Wciąż nie ma dobrego momentu, więc niczym koń pociągowy dzień po dniu się zajeżdżasz i brakuje w tym równowagi. Żeby w ogóle cieszyć się życiem, na które tak pracujesz, choć odrobinę tego czasu trzeba mieć, zarówno dla rodziny, jak i dla siebie. Jest czas pracy i odpoczynku. To nie jest najlepszy pomysł, aby po nocnym dyżurze jechać do kolejnej pracy na dzień, a potem jeszcze do następnej. Stop. Każdemu może przydarzyć się krytyczna sytuacja finansowa i kilka miesięcy tak trzeba, ale całymi latami? Dziesięcioleciami? Spodziewaj się, że w najlepszym razie własne dziecko będzie mówić do Ciebie proszę pani, a w najgorszym... sama dopisz. 

Organizuj przestrzeń wokół siebie


Wymieniaj, wyrzucaj, układaj. Bałagan to kolejny złodziej życiowej energii. Gdy wokół panuje nieład, czuję się jak w epicentrum jakiegoś tornada. Nie oznacza to, że jestem pedantką, bo sprzątać nie lubię. Nie zmienia to faktu, że lubię mieć porządek. :-) Sprzątaj wokół siebie w przenośni i dosłownie. Będzie jaśniej, klarowniej, łatwiej... Praca jakoś szybciej pójdzie do przodu. Bywa, że brak czasu na to nie pozwala. Czuję wtedy, że chaos z mojego stanowiska pracy wskakuje wprost do głowy.
Aby życie płynęło, trzeba co jakiś czas coś zmieniać. Sprawy z przeszłości, które teoretycznie nie mają już znaczenia, w praktyce działają jak mało przydatna aplikacja, która cichaczem wyczerpuje nam baterię. To również trzeba dokończyć i posprzątać.

Nie zapominaj o zdrowiu


Załóżmy, że osiągnęłaś upragniony stan równowagi, o którym wspomniałam w punkcie 5. Regularnie troszczysz się o czyjeś zdrowie, a zapominasz o swoim - nie mam racji? Cytologia 3 lata temu, morfologia 5 lat temu, USG piersi już nie pamiętasz nawet kiedy. Zła dieta, zupki chińskie, brak ruchu, bo ciągle nie masz czasu. To wszystko skraca Twoje życie, a przecież chcesz, aby trwało jak najdłużej. To podstawa.

Nie uciekaj przed trudnymi rzeczami


Najlepiej pytać, nauczyć, sprawdzać. Każdy ma prawo czegoś nie wiedzieć. Wtedy lepiej zapytać niż popełnić błąd. Ta zasada, jak i większość, ma też drugie dno.
Jeśli tkwisz w niejasnej sytuacji, najlepiej skonfrontować to z osobami, które siedzą w niej razem z Tobą. Inaczej skończy się jak zawsze - niedomówieniami, dwuznacznymi spojrzeniami i dotyczącymi Ciebie dyskusjami za Twoimi plecami. Są takie przeciwności, którym trzeba spojrzeć w oczy i podjąć decyzję, konkretne działanie. Czekanie, aż rozwiązanie pojawi się samo, jest tu niekorzystne.

Akceptuj, ale nie rezygnuj


Jak to mówią, kijem Wisły nie zawrócisz. Jeśli nie masz na coś wpływu, szkoda Twojej energii na walkę z wiatrakami, bo don Kichotem nie jesteś. Po prostu to zaakceptuj, inaczej nie dasz sobie z tym rady, ale nie rezygnuj. Nie przegonisz chmur na niebie, ale możesz zmienić trasę lotu. W swoim życiu Ty jesteś pilotem.
Akceptacja nie oznacza, że ​​powinniśmy przestać walczyć, gdy nie możemy czegoś zmienić. Mamy przecież możliwość zmiany naszego planu i szukania nowych możliwości, innej drogi. Jeśli źle się czujesz w swoim miejscu pracy i nie jesteś w stanie tego zmienić, zaakceptuj to, ale nie rezygnuj z pracy w zawodzie. Znajdź inne miejsce.

 

Nie chowaj urazy

Rozczarowałaś się na kimś? Może ktoś Cię zranił? Postąpił nie fair? Rozczarowanie, złość, gorycz - to pierwsze z brzegu uczucia, które są nieodłącznym elementem takich sytuacji. Możesz pielęgnować je w sobie całe wieki, a możesz po prostu wybaczyć, nawet gdy ta druga osoba o to nie prosi. Być może nawet nie wie, że Cię to ruszył. Nie wie i żyje sobie spokojnie, a Ty nie, bo karmisz w sobie te uczucia, nakręcasz się, żyjesz dawną urazą.
Po prostu wybacz i idź dalej swoja drogą bez względu na to, czy ktoś zasługuje na twoje wybaczenie. Zrób to dla siebie, aby odzyskać spokój i raz na zawsze przestać się tym przejmować.




Continue Reading


Ostatnio natrafiłam na blogu Antyterrorystki na kampanię, które mnie zaciekawiła. Jest to #KOCHANIEprzezCZYTANIE, które zapoczątkowała Magda z Save the Magic Moments. Co prawda nie biorę udziału w akcji, ale zainspirowała mnie ona do podzielenia się książką, która jakiś czas temu trafiła do biblioteczki mojego dziecka za sprawą wyprzedaży w Lidlu. Mój wpis zaczął powstawać w lutym. Szmat czasu temu, a dopiero dziś udało mi się wykrzesać chwilę dla bloga po ciągu chorobowym, który z małymi przerwami trwał właściwie kilka tygodni. Poza tym obiecałam sobie w tym roku, że będę maksymalnie offline. Wiedziałam, że blog przez to nieco ucierpi, ale wierzę, że mimo wszystko dalej będziecie czasem wpadać.

Wracając do tematu głównego, kampanie tego typu są potrzebne, ponieważ wciąż sporo osób nie przywiązuje wagi do tego, aby czytać swoim dzieciom. Być może winowajcą jest brak czasu, a może brak przekonania, co do sensowności. Nie będę wymieniać zalet czytania. Nie będę pisać o tym, że dzięki czytaniu dzieci rozwijają wyobraźnię i powiększają zasób słownictwa. Zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że to nic nie daje, bo swojemu dziecku nie czyta wcale, a mimo to ładnie się wypowiada, zna dużo słów i wymyśla najróżniejsze historie.

Ja jednak wierzę, że dzięki naszemu czytaniu na dobranoc, zaszczepię w córce miłość do książek. Mam w nosie, że ludzie patrzą na mnie jak na ufo, gdy mówię, że w domu czytamy córce każdego dnia. W wakacyjnej walizce zawsze znajdzie się miejsce na książki. Ba, nawet do szpitalnej torby, gdy K. miała zapalenie płuc, musiałam wcisnąć kilka. Bez tego nie uśnie. To dla niej ważne. O tym jak zacząć, możecie przeczytać tutaj: 9 prostych sposobów na to, aby dziecko pokochało książki. To stary wpis, ale wciąż aktualny. Moje podejście do czytania nie jest w żaden sposób naukowe. Nie chodzi o to, aby wychować sobie małego geniusza. Moje dziecko nie musi mówić trzema językami i wygłaszać traktatów świeżo poznanymi w ostatniej książce zwrotami.

Dla nas czytanie to jeden ze sposobów okazywania miłości.

Jest to nieodzowna część wieczornego rytuału, do którego się przyzwyczailiśmy. Ten czas jest tylko nasz. Po nim rozmawiamy o tym, co było w książce, a później już o wszystkim. Czytając, otwieram furtkę do drugiego, magicznego świata. Nie mam pojęcia, czy kiedyś moje dziecko będzie wchodzić do niego równie chętnie jak teraz i nie próbuję przewidywać, bo to jak wróżenie z fusów, ale w głębi serca wierzę i tak, że z czytającego dziecka wyrośnie czytający dorosły.

Na swojej stronie całkiem sporo nawiązuję do czytania, ale jeszcze nigdy nie pisałam o żadnej konkretnej książce dziecięcej, mimo że od ponad 4 lat trochę się ich w naszym domu przewinęło. Jakiś czas temu pomyślałam, że fajnie byłoby to zmienić i czasem naskrobać coś o tym, co aktualnie czytamy.

Zatem dziś na ruszt wrzucam jedną z książek z serii Pierwsza encyklopedia, którą wypuściło w świat wydawnictwo Wilga. Ciało człowieka. Książka została podzielona na 6 pełnych ciekawostek rozdziałów, całość liczy sobie ok. 100 stron. To dość dużo jak na (prawie) pięciolatka, ale wszystko podano w łatwo przyswajalny i interesujący sposób.


Możemy dowiedzieć się, że każdy człowiek posiada pewne charakterystyczne cechy, dzięki którym jest niepowtarzalny. Są nimi różne typy sylwetki, wzrost, kolor skóry, włosy, kolor oczu i znaki szczególne. Czym różnią się chłopcy od dziewczynek i mężczyźni od kobiet, ...i czemu służy istnienie dwóch płci, co zaliczam do puli trudnych pytań. Dalej przedstawione są scenki z ludźmi wykonującymi rozmaite czynności, bawiącymi się, jednym słowem będącymi w ciągłym ruchu. Dziecko dowiaduje się, skąd ma siłę do biegania i dlaczego aktywność fizyczna jest ważna dla organizmu. W książce podoba mi się to, że nie jest nastawiona jedynie na aspekt fizyczny. Część podrozdziałów opowiada o relacjach między ludźmi. Odkrywamy, że na bezludnej wyspie wcale nie byłoby fajnie, bo jesteśmy stworzeni do tego, aby żyć gromadnie. Każdy z nas potrzebuje miłości, przyjaźni i rozmowy, aby rozwijać się i cieszyć życiem.

Książka wyjaśnia podstawowe procesy, dzięki którym funkcjonujemy - m.in. oddychanie, jedzenie i sen. Bardzo fajnie zobrazowano wszystko, co nawiązuje do ciąży i narodzin dziecka - na zasadzie scenek z kolejnymi etapami. Uważam, że informacje są doskonale dopasowane do łaknącego takiej wiedzy przedszkolaka. :-) O ile ktoś spodziewa się drugiego dziecka, ma sprawę ułatwioną, bo starszy maluch widzi rosnący brzuszek i wie, że mama może mieć mdłości, często siusiać, regularnie chodzi do lekarza podglądać młodszego braciszka lub siostrzyczkę na USG. W przypadku jedynaka jest trochę trudniej.


Autorzy poruszyli tematykę dorastania i starzenia się. Przedstawili kolejno etapy rozwoju człowieka od niemowlęcia do starości, łącznie z małą wzmianką o śmierci, co według mnie jest jedną z najtrudniejszych spraw, o których rozmawia (bywa, że nie rozmawia) się z dziećmi. Nadmienię, że informacje są na tyle wyważone, że nie ma możliwości, aby wystraszyły malucha.


 
Dziecko dowiaduje się, dlaczego ważna jest aktywność fizyczna i poznaje rodzaje i cel niektórych ćwiczeń, np. rozciąganie i rozgrzewka. Do tej pory nie rozmawiałam z córką na temat tego, że za jakiś czas wypadną jej zęby mleczne, a na ich miejscu wyrosną zęby stałe, o czym encyklopedia mi przypomniała. Jak dbać o ciało, jak zdrowo się odżywiać, ćwiczyć, dlaczego mycie rąk jest takie ważne (pisałam o tym na Tatento we wpisie Umyj rączki - zapraszam, jeśli macie ochotę przeczytać) - tego wszystkiego można dowiedzieć się z encyklopedii. 

Szpital nie jest taki straszny

K. najbardziej przypadł do gustu rozdział o zdrowiu, w którym można znaleźć informacje o drobnych urazach, chorobach i ogólnie o funkcjonowaniu szpitala. Moje dziecko postanowiło, że będzie pielęgniarką jak ja i w związku z tym kiedyś będzie chodzić ze mną do mojej pracy. Jestem pewna, że jeszcze sto razy jej się odmieni, choć nie dam sobie ręki uciąć, ponieważ mi się nie odmieniło. Pielęgniarką zostałam przez przypadek, tak mnie rzuciły ścieżki losu, ale ktoś mi przypomniał, że gdy byłam w wieku K., przez chwilę miałam podobne postanowienie odnośnie życia zawodowego w przyszłości. :-)





Część książki poświęcono tematowi niepełnosprawności, nie tylko ruchowej. Na przedstawionych scenkach można zobaczyć m.in. dziecko z autyzmem, niewidome czytające w alfabecie Braillea czy porozumiewające się językiem miganym.

Sam koniec poświęcony jest przemocy i naruszaniu strefy osobistej. To ważne, aby dziecko miało świadomość, że nikt nie ma prawa go popychać, uderzać, krzyczeć na nie albo dotykać lub całować, jeśli nie ma na to ochoty.  

Żałuję, że nie kupiłam jeszcze jednej encyklopedii z tej serii, ale na temat dinozaurów, bo niedawno znalazły się w kręgu zainteresowań K.

Moja córka codziennie bombarduje mnie pytaniami - pewnie żaden ze mnie wyjątek, wszystkie kilkulatki mają w sobie taki głód wiedzy. Szczerze mówiąc, gdy była maleńka, nie mogłam doczekać się, aż dotrzemy do tego etapu, kiedy będziemy sobie rozmawiać. Po jego nastaniu pojawiły się pytania, najpierw proste, a teraz bywa, że muszę nieźle się nagimnastykować, aby udzielić sensownej odpowiedzi, ubrać w adekwatne słowa to, co chcę powiedzieć, aby zostało dobrze zrozumiane. Książka pomogła mi w kilku kwestiach, dlatego też z całego serca ją polecam, choć zmieniłabym jedną małą rzecz.

Na obrazku z anestezjologiem brakuje pielęgniarki anestezjologicznej, ale wybaczam, bo po części już się przyzwyczaiłam, że o ile wszyscy wiążą z salą operacyjną chirurga, instrumentariuszki i anestezjologa, to o moim istnieniu czyli o pielęgniarce anestetyczce wie niewiele osób. Trochę szkoda, że na obrazku nie mogę pokazać, gdzie zazwyczaj stoję, ale od czego jest wyobraźnia. :-))))
Continue Reading

Gdybym miała futro, cztery łapki i sto kilogramów mięśni, zimą jak każdy niedźwiedź zapadłabym w sen, a tak jedynie robię się posępna z tendencją do melancholii. Wszystko, co dotychczas zaprzątało mi głowę, czeka na wiosnę. Wraz z nią przyjdą nowe siły, pomysły i słońce. Na razie uzbroiłam się w witaminę D i wdrożyłam plan minimum, w którym każdy wieczór ostatecznie sprowadza się do kocyka, książki i kubka herbaty. Już nie kakao, bo utrzymuję pozory, że dbam o linię. Mówią, że jeśli nie możesz chodzić, to chociaż się czołgaj, a ja postanowiłam dopasować to stwierdzenie do swojego zimowego życia, więc skoro żadne diety mi nie idą, kakao zamknęłam na kłódkę. I nie obżeram się czekoladą. W każdym razie nie częściej niż raz na dwa tygodnie. 

Po pladze chorób, która rzuciła się na nas jak muchy na lep, trochę się zmieniło. Strasznie dobrze było mi być tak offline. Prawda jest taka, że człowiek w każdej godzinie życia może wymyślić sobie z trzy powody, aby na moment odpalić laptopa. Przyzwyczajamy się, że wszystko możemy znaleźć szybko, łatwo i przyjemnie. Przy okazji jesteśmy bombardowani nieistotnymi informacjami, czasem śmieciowymi. Mózg wchłania to bardzo chętnie, a później przeczytanie czegoś na papierze (lub e-papierze czytnika) bez tych wszystkich ulepszaczy  to prawdziwe wyzwanie. Bardzo łatwo się rozpraszam nawet wtedy, gdy już nie korzystam z komputera. Życie offline jest jakby wolniejsze, pełniejsze i jest w nim więcej miejsca na inne aktywności, choćby czytanie.

Gdy tak ugrzęzłam w swoim zimowym spleenie, zamarzyły mi się książki, przy których śledząc losy bohaterów, człowiek wyzbywa się resztek zdrowego rozsądku. I siedzi. Siedzi, choć dobiega druga w nocy, a punkt szósta trzeba podnieść swoje zwłoki. Są dwie kategorie ludzi, którzy wiecznie prawie się spóźniają. Jedni robią to, bo tak długo się szykują. Jednym słowem nie mogą się wyjaić. Ja należę do tych drugich, którzy namiętnie majstrują przy swoim budziku, ustawiając nieskończoną ilość drzemek. No chyba, że wybieram się na bal, jak przystało na prawdziwego kopciucha. Wtedy naprawdę nie mogę się wyjaić. Miałam potrzebę pomieszkania w książkowym świecie alternatywnym. Nie oznacza to, że ten realny jakoś dał mi w kość. Zimowa monotonia obiera życie z kolorów. W lato spędzamy więcej czasu na świeżym powietrzu. Jest rower, więcej biegania, spacery. Późną jesienią zaczyna się sezon książkowy. To dla mnie naturalne. Już przywykłam, że moje życie przypomina krzywą Gaussa i przez kilka miesięcy w roku robię wszystko, a później drugie tyle nie robię nic szczególnego.

Przejdźmy jednak do tego, co niedźwiedziopodobne kobiety lubią najbardziej. Oczywiście oprócz zimowego snu, miodu i gromadzenia zapasu tkanki tłuszczowej na zimę, a więc do czytania. Przebrnęłam przez różne gatunki, do jednych przekonałam się bardziej, do innych mniej. Mam swoje ulubione na honorowej półce w książkowej części mojego serca. Jednak tej zimy sięgnęłam po coś nowego. Otóż, zaczytałam się w romansie historycznym i mam nadzieję, że starczy mi życia na pochłonięcie każdego jednego, który został napisany. Okazało się, że to moja naj naj najdozgonniejsza miłość. Na wieki.

Romans historyczny - można go kochać lub nienawidzić


Romans historyczny to opowieść o miłości, która wydarzyła się dawno temu. W innej epoce, na tle wydarzeń historycznych, choć w większości jest o nich tylko napomknięte lub jest to fikcja historyczna. Akcja moich czytadeł najczęściej rozgrywała się w okolicach XIV-XV wieku (polskie średniowiecze), dalej XVIII/XIX wiek. Oczywiście nie jest to regułą, ale pisarki romansów historycznych szczególnie upodobały sobie te okresy. Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek czytała romans, którego autorem byłby mężczyzna. Jeśli tak było, najwidoczniej nie był szczególnie dobry, skoro tego nie pamiętam.

Miłość jest tematem uniwersalnym, który od zarania dziejów zawsze będzie aktualny. Książkowe postacie przeżywają te same rozterki, co ludzie żyjący współcześnie. Miłość się nie zmienia. Towarzyszące jej emocje są identyczne niezależnie od tego, w którym wieku się urodziłaś. W tym przypadku bohaterowie dodatkowo zmagają się z charakterystycznymi dla danej epoki tradycjami i konwenansami. Bardzo często nie mogą być tak do końca wolni, samodzielni, podejmować ostatecznych wyborów, a jednak w tym wszystkim udaje się im odnaleźć szczęście. Dotyczy to głównie kobiet, które niezależnie od okresu historycznego, zawsze musiały walczyć o głos, akceptację swoich decyzji, bycie pełnoprawnym członkiem społeczeństwa i niezależność.

Romanse posiadają łatki mało ambitnej lektury, czasem tak głupiej, że wstyd czytać, wręcz ogłupiającej. Kiedyś sama wpadłam w takie przekonanie, ale z wiekiem człowiek mądrzeje i zaczyna dostrzegać, że nie wszystko musi mieć drugie dno. Gdy sięgam po tego typu książkę, oczekuję lekkiej historii, która umili mi wieczór, to wszystko. W tej kwestii całkowicie spełnia moje potrzeby czytelnicze.

Zarzuca się im też przewidywalność. To fakt, każdy jeden kończy się happy endem, ale szczerze mówiąc, nie mam ochoty zimową porą ryczeć jak bóbr. Czasem, gdy czytam krótkie wprowadzenie do książki, wiem już jak mniej więcej się skończy. Można to uznać za minus, ale w sumie czytam, bo od dziecka mam taką dolegliwość, że lubię przenieść się w czasie do innego świata. Nie sięgam po książkę tylko po to, aby dowidzieć się, co jest na końcu. Przyjemność sprawia mi sam proces czytania, a najbardziej od tego momentu, kiedy przestaje się widzieć litery, a w głowie przewijają się już tylko obrazy pochłanianej w danej chwili opowieści.

Jeśli chodzi o minusy, dostrzegam jeden, ale nieduży. Pierwsze romanse historyczne przeczytałam na czytniku e-booków i nie widziałam okładek. Gdy później zerknęłam, jak wygląda wersja papierowa, złapałam się za głowę. Mówi się, aby nie oceniać książki po okładce,  ale faktycznie w życiu nie wypożyczyłabym  pierwszych romansideł, jeśli miałabym wybrać książkę na podstawie okładki. Te wydane dawniej są albo nijakie, bo przedstawiają jakiś przedmiot na krzykliwie kolorowej okładce, ale to pół biedy, bo reszta przedstawia zazwyczaj obejmujących się namiętnie rozchełstanych zakochanych bohaterów, co wygląda prześmiesznie i mam ochotę owinąć je gazetą. :-) Na szczęście wydawnictwa wychodzą naprzeciw nowym trendom okładkowym, na przykład ta nowa seria romansu historycznego z wydawnictwa Amber i romanse z Sonia Draga. Akurat te wpadły mi w oko. W księgarniach rzadko romans podzielony jest na podkategorie, stąd wcale nie tak łatwo odnaleźć w gąszczu tych współczesnych interesującą mnie lekturę. W każdym razie, jeśli chodzi o okładki, są naprawdę w porządku.

Kiedyś Gosia Antyterrorystka napisała, że ludzie czasem boją się przyznać do czytania książek uznawanych za mało ambitne, bo reakcja otoczenia bywa różna. Nie powinniśmy wstydzić się tego, co czytamy, w końcu książki dobiera się głównie do nastroju i upodobań, jak zaznaczyła Gosia. Moim zdaniem czytana książka nikogo nie definiuje jako człowieka i każdy z nas szuka czegoś innego. Ja, zamiast duchowego uniesienia nad rzędami literek, wolę się po prostu rozerwać, zasmucić, uśmiechnąć. Nie trzymam się jednego gatunku. Zazwyczaj drążę daną tematykę, dopóki mi się nie znudzi, po czym czytam dalej. Był czas dystopii i antyutopii, literatury górskiej, fantastyki, poezji, polskich autorów (dzięki Gosi - tu jeszcze nie skończyłam zgłębiać) i wiele, wiele innych. Teraz mam fazę romansu historycznego. Nigdy nikogo nie wyśmiewałam z powodu rodzaju książki, którą trzyma w rękach. Natomiast przyznaję się bez bicia, że dziwnie mi się robi, gdy ktoś się przyznaje, że nie czyta w ogóle - kompletnie nic, nawet jednej, maluteńkiej książki na rok. Bo nie lubi. Zastanawiam się wtedy, czy tak się w ogóle da? Da się przejść przez życie bez książek, bez tych wszystkich bohaterów literackich, ich historii i emocji, które odczuwamy, śledząc ich losy?  No nie ma opcji. 

Continue Reading

Macierzyństwo nie jest tak proste, jakby się to wydawało. Wychowywanie dziecka stawia wciąż to nowe wyzwania. Gdy udaje mi się uporać z jednymi rzeczami, na drodze wyrasta kolejna. Sprzątanie nigdy nie było moją mocną stroną. Wciąż czekam na niezawodny sposób, który wywoła porządkową rewolucję w naszym domu. Jeśli chodzi o ubrania i moje drobiazgi, sprawdziła się u mnie metoda Konmari, o czym pisałam tutaj.

Jest jednak jedna rzecz albo raczej dużo rzeczy, z którymi nieustannie przegrywamy.

Zabawki.

Doszłam do wniosku, że organizacja kąta do zabawy dla dziecka to podstawa. Jednak jako że na razie skupiliśmy się na urządzaniu pokoju córki w mieszkaniu, do którego za jakiś czas się przeprowadzimy, zrezygnowaliśmy ze względów praktycznych z ambitnego ogarnięcia jej skarbów mieszkających w salonie. Mamy mnóstwo pudeł na zabawki. Byłoby idealnie, gdyby zabawki codziennie do nich trafiały. Bardzo często tak się jednak nie dzieje. Choćby teraz, zbliża się północ, a na środku pokoju koń barbie przemierza podłogę. W zasadzie to przyzwyczaiłam się do tego zabawkowego nieładu i tego, że moje dziecko uwielbia sprzątać, ale... tylko ze mną. Pogodziłam się i wrzuciłam na luz. 

Dziś mam dla Was propozycje zabawek, gier i książek o tematyce sprzątania, no bo dlaczego by nie zmienić tego przykrego obowiązku w zabawę i metodą małych kroczków przekonać dziecko do trzymania porządku w swoich rzeczach. Wszystkie znajdziecie w sklepie Hulahop.pl.

Połykacze kloców i drobnych zabawek


Max Łakomczuch, który zjada klocki, figurki i drobne przedmioty.

Zbieracz klocków Mega Blocks. Pojazd połyka wielkie klocki. W zestawie 20 klocków first builders.

Książki o tematyce sprzątania



Książka Kicia Kocia sprząta. Jako że jesteśmy wielkimi fankami Kici Koci, polecamy ją całym sercem. 

Franklin mały bałaganiarz. Nie wierzę, że nie znacie Franklina, opisywać chyba nie trzeba. :-)

Gry planszowe nawiązujące do sprzątania


Gra Czyścioszek - bałagan i porządek. Przeznaczone dla dzieci od 5 rż. Kto zostanie czyścioszkiem i posprząta najwięcej rzeczy pozostawionych przez bałaganiarza? 

Gra Pokój zabaw. Mogą bawić się już 3-latki. Ćwiczy pamięć i współpracę. 

Gra Tomcio i wiosenne porządki przeznaczona dla dzieci powyżej 3 rż. 

Odgrywanie ról, naśladowanie dorosłych - zestawy do sprzątania dla dzieci


Artyk odkurzacz zabawkowy na baterie. Wciąga styropianowe kuleczki. Wydaje dźwięk jak prawdziwy.



Co sądzicie o tej liście? Dodalibyście coś od siebie?
Continue Reading

Bo to historia, bo to marzenia. Bo to historia godna przypomnienia. - youtube nigdy nie zawodzi, gdy człowiek chce się dobić, szukając czegoś do ubrania. Smutne piosenki zawsze na czasie i uniwersalne. W lutym było tak pięknie. Im bardziej wchodzę do szafy, wciskając kończyny w jej zagadkowe czeluści, tym bardziej dochodzę do wniosku, że prędzej jakiś potwór odgryzie mi rękę niż wydostanę coś sensownego. Spodnie ledwo się dopinają, bluzki jakby skurczone. W sukienkach wyglądam jak hipopotam w balecie. W lutym było tak pięknie. Było. Stanęłam na środku pokoju niczym w samym centrum jakiejś materiałowej postapokalipsy. Moje życie takie już jest. Jak gumka od majtek. Można ją naciągać i naciągać, ale gdy się puści, wszystko wraca do stanu sprzed. Tak też jest z tym odchudzaniem.

Nowy rok to czas nowych postanowień. Ja mam co roku jedno, które nie jest ani trochę oryginalne. Jak połowa damskiej populacji, zamierzam schudnąć. Droga jest kręta i długa. Trwa ok. 5 lat. W lutym mogłam pochwalić się straconymi, uwaga, 30 kilogramami. Niestety już wtedy zostało mi jeszcze 8 kg do celu, a że coś się we mnie wypaliło, ta ósemka "na później" zdążyła się sklonować. Oczywiście nowy rok i ponowny start moich zmagań z nadprogramowymi kilogramami to przypadkowa zbieżność, i tak było to nieuniknione. Być może bitwę przegrałam, ale z wojny wyjdę zwycięsko.

Bardzo często, gdy się odchudzam, zostaję zasypana różnymi poradami. Każdą z nich kiedyś wdrożyłam i efekty były mizerne. Próbowałam różnych diet, a także zmiany szkodliwych nawyków. Gdyby to wszystko było takie proste, wokół mielibyśmy samych szczupłych ludzi. Jednak nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie dorzucali swoich trzech groszy. Tym oto sposobem powstała lista zdań, które usłyszy każdy tłuścioch na diecie.

Po co się tak katujesz, po prostu...

Jedz często, a mało.

Wiem, że większość dietetyków to poleca, a ja w takim systemie chudnę 2-3 kg i koniec. Pięć posiłków to naprawdę dużo - czułam się przejedzona. Dodatkowo przygotowanie ich wszystkich na kolejny dzień zajmowało za dużo czasu, nadchodził późny wieczór i o ćwiczeniach nie było mowy. Oczywiście, gdyby to działało, byłabym skłonna jeść i 10 razy dziennie po dwa kęsy... jednak nie działało.

Nie jedz kolacji. Nie jedz po 18.00. I tyle wystarczy.

Tak się składa, że od wielu lat nie jem kolacji, bo po obiedzie po prostu nie jestem głodna. Wyjątkiem są dni, kiedy mam w pracy nocną zmianę - wtedy mój organizm domaga się dodatkowego, wieczornego posiłku. Jak widać, nie ma to wpływu na moją wagę. To za mało, aby schudnąć. Właściwie to nie powinno się jeść 4 godziny przed snem, więc jeśli ktoś jest wariatem, który chodzi spać o 2.00, może zjeść o 22.00. Próbowałam, nie jadłam po 18.00. I nic.

Nie jedz chleba, ziemniaków, makaronu, a zobaczysz jak waga poleci.

Nie wiem jak inni, ale do życia potrzebuję czegoś więcej niż kawałka mięsa i sałaty. Całkowita eliminacja tych składników być może zagwarantuje szybki spadek wagi, ale co później? Wymieniłam chleb i makaron na ciemny ponad roku temu. W zasadzie chleb jem tylko w pracy, bo tak łatwiej i jego ilości nie są zatrważające - raptem 2 - 3 kromki średnio co drugi dzień. Ziemniaki jem, ale nie codziennie. Efektów większych brak.

Nie podjadaj między posiłkami i nie jedz słodyczy, a schudniesz.

Być może są osoby, którym to wystarczyło, mi niestety nie. Gdy nie podjadam i nie jem słodyczy to po prostu nie tyję w zawrotnym tempie, a jedynie powoli... To nie sprzyja motywacji, aby nie jeść w ogóle słodyczy.
 

Wykup sobie prawdziwą dietę, a schudniesz. 

Miałam kupne diety, których przestrzegałam, ale schudłam raptem 2-3 kg  przez 2 miesiące, więc się poddałam. Na dłuższą metę za dużo zachodu. Zakupy pod dietę, czasem w jadłospisie były produkty, za którymi chodziłam 20 minut po markecie. Potem przygotowanie tego wszystkiego w pudełeczka na kolejny dzień. Życie toczy się wokół zakupów i stania przy kuchni. Jeśli robisz normalny obiad dla rodziny to zawsze jesteś w stanie wymyślić coś z produktów, które masz już w domu, jeśli z jakiegoś powodu nie masz czasu skoczyć do sklepu. W przypadku diety jest sztywny jadłospis, co zabierało czas. Gdybym tylko chudła na tych dietach chociaż 1 kg tygodniowo przez pierwsze 3 miesiące (później może być wolniej), pewnie nie poddałabym się tak szybko. Jednak gdy po 3 tygodniach okazuje się, że na minusie mam może 1 kg to entuzjazm spada i trzeba przyznać, że korzyści są niewielkie w stosunku do wysiłków i może lepiej ten czas poświęcić na rower.

MŻ i WR! Stosuję to od lat i nigdy nie miałam problemów z wagą.

Serio?  Zazdroszczę. Na mnie to nie działa spektakularnie. Nawet, gdy biegałam kilka razy w tygodniu, schudłam kilka kilogramów i koniec. Na jakiś czas zamieniłam pociąg na rower do pracy. Ruch pomógł, owszem, ale czy przy pilnowaniu się z jedzeniem i codziennej dawce ruchu nie powinno się schudnąć trochę więcej niż kilka kilogramów rocznie? Niesamowicie demotywujące.

A może masz problemy hormonalne?

Idź do lekarza, zrób badania. Pytanie i rozwiązanie w jednym. Żyjemy w czasach, kiedy prawie każdy ma problemy hormonalne, tylko czy to coś zmienia? Nawet jeśli ktoś ma problemy hormonalne, nie istnieją cudowne tabletki na redukcję tych "hormonalnych" kilogramów.

----
Wszystkie te zdania usłyszałam co najmniej kilkukrotnie. Zazwyczaj wygłaszają je osoby, które nie mają tendencji do tycia. Mówię oczywiście o tendencji do tycia powyżej 15 kg w zawrotnym tempie, bo to jest problem, a nie przybieranie 5 kg po zimie.

My, size plus, mamy przerobione to wszystko po dziesięć razy na pięć sposobów. Temat redukcji wagi znamy od podszewki. Po prostu czasem tak jest, że nie na wszystkich działa wszystko. Czasem schudnąć nie można. Bywa, że ujemny bilans kaloryczny to za mało. Bywa, że przemiana materii spada niemal do zera i nie ma to nic wspólnego z odwiedzaniem toalety i zaparciami. Przemiana materii w kontekście odchudzania to coś całkiem innego - dotyczy procesów biochemicznych. Nie wiem jak wy, ale mi czasem brakuje pomysłu, co odpowiedzieć. Ludzie nie dopuszczają do siebie opcji, że można trzymać się tych zasad i nie schudnąć, a tak jest, na co ja i wiele innych osób jesteśmy żywym dowodem. - Konsekwencja i jeszcze raz konsekwencja. - mówią, a mi nie chce się nikogo przekonywać.

Dłuższy czas temu czytałam trochę o dietach IF (intermitten Fasting), w których stosuje się okresowy post, np. dieta 16/8, w której tak trzeba rozplanować posiłki, aby spożywać je wyłącznie w ośmiogodzinnym okienku żywieniowym. Kolejną jest dieta 5:2 - tutaj jemy przez 5 dni zgodnie z zapotrzebowaniem kalorycznym, a w wybrane 2 dni tygodnia robimy sobie post, w trakcie którego zjadamy tylko 500 kcal - można to rozbić na dwa posiłki. Dni te nie mogą być jeden po drugim, oczywiście. Coraz bardziej skłaniam się ku takiemu rozwiązaniu. Byłoby ono zgodne z moim trybem życia i wygodne. Skoro klasyczne sposoby nie działają, to może czas na eksperyment? Ostatecznej decyzji jeszcze nie podjęłam. Pewne jest tylko to, że 1 stycznia rano wyjdę z pracy z przekonaniem jak co roku, że teraz to na pewno się uda.
intermitten Fasting

http://www.poradnikzdrowie.pl/diety/odchudzajace/dieta-if-czyli-okresowy-post-zasady-przykladowy-jadlospis_44604.html
intermitten Fasting

http://www.poradnikzdrowie.pl/diety/odchudzajace/dieta-if-czyli-okresowy-post-zasady-przykladowy-jadlospis_44604.html
intermitten Fasting

http://www.poradnikzdrowie.pl/diety/odchudzajace/dieta-if-czyli-okresowy-post-zasady-przykladowy-jadlospis_44604.html

A może Wy macie jakiś magiczny sposób na schudnięcie?

Continue Reading